sobota, 27 lutego 2016
niedziela, 24 stycznia 2016
un
Powietrze jest wilgotne, ale oddychasz z lekkością. Nad ziemią unosi się lepka mgła. Byliśmy na nogach całą noc, pamiętasz jak trzymaliśmy się kurczowo każdej godziny? Moment przejścia nocy w kolejny dzień. Wszystko się zatrzymuje. Cichnie. Myślisz, że nic się nie zmienia. Po chwili twoje oczy dostają więcej światła, płuca dostają więcej tlenu, całe ciało odbiera więcej bodźców. Świat raptownie przyśpiesza. Czy mogę trzymać Cię za rękę? Gwiazdy gasną po kolei, ale każda z nich zostawia po sobie jasny ślad.
Stój nieruchomo. Początek to najlepsza rzecz, jaka może cię spotkać. Nie uciekaj od niej, nie broń się.
Jesteśmy początkiem jasnego czasu po bardzo długim trwaniu w kompletnych ciemnościach.
Wcześniej jeździliśmy samochodem po pustym mieście. Słuchaliśmy kaset, ty paliłeś za kierownicą. Przez otwarte okna wpadał wiatr. Środek lata. Moje opalone ciało, twoje piękne ręce. Jasne i ciemne oczy. Miękkie usta. Niezliczona ilość słów, które padały stopniowo. Imię, a potem rosnąca chęć powiedzenia o wszystkim.
Było naprawdę pusto. Korty tenisowe na obrzeżach miasta. Nasze zakurzone ubrania, dźwięk odbijanych piłek. Mokra trawa, w której mnie położyłeś. Gładziłeś moją skórę. Leżałeś obok nie czując się obcy. Końcowy etap przemiany, kiedy wszystko wybucha natłokiem kolorów. Czerwień, błękit. Zamknij oczy, możesz to usłyszeć.
Przyciskasz swoje wargi do moich, sprawiasz, że się czerwienią. Pobudzasz moją krew, płynie szybciej, widać ją w niebieskich żyłkach pod skórą.
Stój nieruchomo. Początek to najlepsza rzecz, jaka może cię spotkać. Nie uciekaj od niej, nie broń się.
Jesteśmy początkiem jasnego czasu po bardzo długim trwaniu w kompletnych ciemnościach.
Wcześniej jeździliśmy samochodem po pustym mieście. Słuchaliśmy kaset, ty paliłeś za kierownicą. Przez otwarte okna wpadał wiatr. Środek lata. Moje opalone ciało, twoje piękne ręce. Jasne i ciemne oczy. Miękkie usta. Niezliczona ilość słów, które padały stopniowo. Imię, a potem rosnąca chęć powiedzenia o wszystkim.
Było naprawdę pusto. Korty tenisowe na obrzeżach miasta. Nasze zakurzone ubrania, dźwięk odbijanych piłek. Mokra trawa, w której mnie położyłeś. Gładziłeś moją skórę. Leżałeś obok nie czując się obcy. Końcowy etap przemiany, kiedy wszystko wybucha natłokiem kolorów. Czerwień, błękit. Zamknij oczy, możesz to usłyszeć.
Przyciskasz swoje wargi do moich, sprawiasz, że się czerwienią. Pobudzasz moją krew, płynie szybciej, widać ją w niebieskich żyłkach pod skórą.
piątek, 1 stycznia 2016
*
W Dolnie miała spędzić całe nadchodzące lato. Zamieszkała w
hotelu na wzgórzu, w sypiali z widokiem na jezioro. Wysiadła z
samochodu z mężczyzną.
Czy była młoda? Mogła mieć najwyżej 20 lat. On kładł ręce na jej ramiona, odwracał jej twarz w kierunku swoich ust. Miała blade, niezbyt chętne wargi, których nie układała do pocałunku, a zaciskała mimowolnie.
Weszła do budynku, a światło padające z tarasu musiało ją oślepić. Odwróciła głowę w moją stronę mrużąc oczy. Podążałem za nią niosąc jej walizki pełne małych przedmiotów obijających się o siebie.
Mężczyzna zarezerwował pokój, numer 350, trzecie piętro. Jechaliśmy windą. Wyszedł pierwszy, trzymał dłonie w kieszeniach bermudów. Zawahałem się chcąc przepuścić ją w drzwiach. Patrzyła na mnie jakby nie rozumiała mojego gestu. Może nie chciała go rozumieć, bo wolała tam zostać.
Wyszedłem na korytarz, a pokój był już otwarty. Walizki zostawiłem przy drzwiach, zarejestrowałem suche polecenie wniesienia następnych. Czułem się niezręcznie nie wiedząc czy kobieta uparcie stojąca w windzie chce zjechać na dół, pójść do siebie, czy może wyjechać stąd jak najszybciej.
Odważyłem się zasunąć kratę i wcisnąć guzik. Nie spowodowało to u niej żadnej reakcji, jedynie lekki ruch ramion spowodowany nagłym szarpnięciem.
Wjechałem na górę sam, nie licząc towarzyszących mi bagaży. Nie poświęciłem zbyt wiele uwagi nieznajomej osobie. W hotelu widywałem codziennie setki osób, wnosiłem setki walizek, a właściciel każdej z nich miał swoje dziwne zachowania. Nasza milcząca podróż trzy piętra w dół nie była więc dla mnie niczym, co mogłoby szczególnie przykuć moją uwagę.
Miękki dywan zagłuszył moje kroki. Ich głosy stały się bardziej wyraźne. Ton nieznoszący sprzeciwu nazwał ten hotel domem na całe lato. Delikatny pomruk był odpowiedzią.
Wchodząc zobaczyłem ją stojącą przy oknie. Przebierała się. Miała piękne plecy, widoczny kręgosłup, który znikał przy końcu pod materiałem spódnicy. Najpierw poprawiła włosy. Przejechała ręką po karku. Mocniej zacisnęła palce na skórze, zjeżdżała nimi w dół. Rozpięła zamek spódnicy i pozwoliła jej opaść na ziemię. Odwróciła się twarzą do wejścia, w którym stałem. Zmieszałem się, chciałem przeprosić, udawać, że dopiero co wszedłem, że nie stałem tak i nie patrzyłem. A ona podeszła do mnie tylko domagając się wyciągniętą ręką zwrotu swojej walizki. Wyjęła z niej jasną sukienkę. Myślę, że była biała. Tak, na pewno była biała. Odprawiła mnie wciskając mi do ręki zwinięte banknoty, a kilka godzin później spacerowała przed hotelem, pozwalając mi patrzeć na nią i zapamiętać kolor ubrania. Nie był ostry jak świeży śnieg, nie był też zgaszony. Kiedy o tym myślę to zaczynam rozumieć, że nie chodziło mi o wygląd jej sukienki. O to czy była ciemna, jasna, jaśniejsza, z falbanką, ze wstążką, w paski, z cieniutkimi ramiączkami, czy na długi rękaw. Patrzyłem na jej skórę. Gładką i bladą.
Próbowałem zrozumieć jej ciało. Stałem się mimowolnym świadkiem tego, jak jej nogi zaczynają poruszać się pewniej. Codziennie pokonywały więcej kroków, kilka razy przeskoczyły nawet kałużę. Pewnego dnia usłyszałem jej kroki w butach na niskim obcasie, stała w nich mocno i prosto.
Jej ręce odżyły. Poprawiały włosy i zakładały kapelusz. Kiedy chodziła, poruszały się razem z nią, czasami chowały się w kieszeniach, czasami trzymały pasek torebki. Kiedy siedziała, jedna dłoń gładziła drugą, albo wybijała palcami delikatny rytm.
Przechodziłem obok tarasowych stolików, kiedy prawa ręka z wyciągniętymi palcami uniosła się wyżej, a usta, wtedy już koloru bladych malin, poruszyły się i pozwoliły na wypowiedzenie trzech słów.
- Poproszę szklankę wody.
Młody kelner skinął głową i zniknął. Ja przystanąłem na chwilę chcąć zapamiętać ten dźwięk. Nie był piękny, ale smutny. Możliwe, że był piękny w swoim smutku, bo jej prośba o wodę brzmiała jak prośba o uratowanie jej.
Mijały dni, a każdy tak naprawdę był podobny do poprzedniego. Nosiłem walizki, kłaniałem się, wieczorami chodziłem do portu patrzeć na łodzie.
Jeden dzień był szczególnie upalny. Zaczynał się sierpień, czas, w którym można spodziewać się wszystkiego. Pot lał się po ciałach. Ja, ubrany w bordowy garnitur, stałem w hallu czekając na nowych gości. Nie pamiętam kto do mnie podszedł. Czy była to jedna z tych blondynek z recepcji, czy może chłopak, który pracuje ze mną na zmianie. Telefon z pokoju 350. Winda,trzecie piętro, na którym przypomniałem sobie dokąd idę. Drzwi nie był domknięte, a kiedy zapukałem nikt się nie odezwał. Poczekałem jeszcze chwilę starając się nie myśleć o niczym. Chodzi na pewno o walizki, chociaż to dopiero sierpień.
W końcu pchnąłem drzwi. Siedziała na łóżku tyłem do wejścia. Poruszyła się lekko i obróciła głowę.
Ostatnie dni były na tyle męczące, że przestałem ją obserwować. Nie zauważyłem przez to, że jej oczy były szeroko otwarte. Odżyły, były jasne, nadawały twarzy lekkości. Patrzyły na mnie bystro, z zaciekawieniem.
Stanęła przede mną, ale nie powiedziała ani słowa. Pocałowała mnie, a ja poczułem że coś się zawaliło, że to nie była dobra decyzja. Poruszyłem się niespokojnie kilka razy, próbując wygrać. Odsunęła się i pomyślałem, że może mi coś wyjaśni. Stałem oszołomiony, śledziłem ruch jej palców odpinających zamki, guziki i zatrzaski. Naprawdę nie wiem kiedy się jej oddałem, kiedy moje ręce przestały próbować ją powstrzymać.
Pachniała słodko i słodko się śmiała. Gładziłem jej ciało, później całowałem mocno i chętnie. Pozwoliłem jej wbijać się w moją skórę. Czułem ją pode mną, słyszałem jej głośny oddech. Poruszałem się mocniej widząc jej uśmiech.Pozwoliła mi skończyć w sobie nie myśląc o niczym.
Naprawdę nie widzę w tym sensu do tej pory.
Wyszedłem, kiedy zasnęła, poszedłem patrzeć na łodzie.
Nie widziałem jej kilka dni, potem wyglądała normalnie. Jej oczy, jej nogi, jej ręce. Był jej, nie myślałem o nich jak o mojej własności.
Skończył się sierpień i zgasła dopiero, kiedy otworzyły się drzwi samochodu, a ja zarejestrowałem polecenie zniesienia walizek.
Myślę, że mogłem ją uratować, zrobić coś dobrego.
Patrzyła nieprzytomnie, prawie nie podnosiła nóg.
Starałem się trzymać myśli, że nie zrobiłem jej krzywdy. Wiedziałem, że nie zrobiłem jej krzywdy.
Czy była młoda? Mogła mieć najwyżej 20 lat. On kładł ręce na jej ramiona, odwracał jej twarz w kierunku swoich ust. Miała blade, niezbyt chętne wargi, których nie układała do pocałunku, a zaciskała mimowolnie.
Weszła do budynku, a światło padające z tarasu musiało ją oślepić. Odwróciła głowę w moją stronę mrużąc oczy. Podążałem za nią niosąc jej walizki pełne małych przedmiotów obijających się o siebie.
Mężczyzna zarezerwował pokój, numer 350, trzecie piętro. Jechaliśmy windą. Wyszedł pierwszy, trzymał dłonie w kieszeniach bermudów. Zawahałem się chcąc przepuścić ją w drzwiach. Patrzyła na mnie jakby nie rozumiała mojego gestu. Może nie chciała go rozumieć, bo wolała tam zostać.
Wyszedłem na korytarz, a pokój był już otwarty. Walizki zostawiłem przy drzwiach, zarejestrowałem suche polecenie wniesienia następnych. Czułem się niezręcznie nie wiedząc czy kobieta uparcie stojąca w windzie chce zjechać na dół, pójść do siebie, czy może wyjechać stąd jak najszybciej.
Odważyłem się zasunąć kratę i wcisnąć guzik. Nie spowodowało to u niej żadnej reakcji, jedynie lekki ruch ramion spowodowany nagłym szarpnięciem.
Wjechałem na górę sam, nie licząc towarzyszących mi bagaży. Nie poświęciłem zbyt wiele uwagi nieznajomej osobie. W hotelu widywałem codziennie setki osób, wnosiłem setki walizek, a właściciel każdej z nich miał swoje dziwne zachowania. Nasza milcząca podróż trzy piętra w dół nie była więc dla mnie niczym, co mogłoby szczególnie przykuć moją uwagę.
Miękki dywan zagłuszył moje kroki. Ich głosy stały się bardziej wyraźne. Ton nieznoszący sprzeciwu nazwał ten hotel domem na całe lato. Delikatny pomruk był odpowiedzią.
Wchodząc zobaczyłem ją stojącą przy oknie. Przebierała się. Miała piękne plecy, widoczny kręgosłup, który znikał przy końcu pod materiałem spódnicy. Najpierw poprawiła włosy. Przejechała ręką po karku. Mocniej zacisnęła palce na skórze, zjeżdżała nimi w dół. Rozpięła zamek spódnicy i pozwoliła jej opaść na ziemię. Odwróciła się twarzą do wejścia, w którym stałem. Zmieszałem się, chciałem przeprosić, udawać, że dopiero co wszedłem, że nie stałem tak i nie patrzyłem. A ona podeszła do mnie tylko domagając się wyciągniętą ręką zwrotu swojej walizki. Wyjęła z niej jasną sukienkę. Myślę, że była biała. Tak, na pewno była biała. Odprawiła mnie wciskając mi do ręki zwinięte banknoty, a kilka godzin później spacerowała przed hotelem, pozwalając mi patrzeć na nią i zapamiętać kolor ubrania. Nie był ostry jak świeży śnieg, nie był też zgaszony. Kiedy o tym myślę to zaczynam rozumieć, że nie chodziło mi o wygląd jej sukienki. O to czy była ciemna, jasna, jaśniejsza, z falbanką, ze wstążką, w paski, z cieniutkimi ramiączkami, czy na długi rękaw. Patrzyłem na jej skórę. Gładką i bladą.
Próbowałem zrozumieć jej ciało. Stałem się mimowolnym świadkiem tego, jak jej nogi zaczynają poruszać się pewniej. Codziennie pokonywały więcej kroków, kilka razy przeskoczyły nawet kałużę. Pewnego dnia usłyszałem jej kroki w butach na niskim obcasie, stała w nich mocno i prosto.
Jej ręce odżyły. Poprawiały włosy i zakładały kapelusz. Kiedy chodziła, poruszały się razem z nią, czasami chowały się w kieszeniach, czasami trzymały pasek torebki. Kiedy siedziała, jedna dłoń gładziła drugą, albo wybijała palcami delikatny rytm.
Przechodziłem obok tarasowych stolików, kiedy prawa ręka z wyciągniętymi palcami uniosła się wyżej, a usta, wtedy już koloru bladych malin, poruszyły się i pozwoliły na wypowiedzenie trzech słów.
- Poproszę szklankę wody.
Młody kelner skinął głową i zniknął. Ja przystanąłem na chwilę chcąć zapamiętać ten dźwięk. Nie był piękny, ale smutny. Możliwe, że był piękny w swoim smutku, bo jej prośba o wodę brzmiała jak prośba o uratowanie jej.
Mijały dni, a każdy tak naprawdę był podobny do poprzedniego. Nosiłem walizki, kłaniałem się, wieczorami chodziłem do portu patrzeć na łodzie.
Jeden dzień był szczególnie upalny. Zaczynał się sierpień, czas, w którym można spodziewać się wszystkiego. Pot lał się po ciałach. Ja, ubrany w bordowy garnitur, stałem w hallu czekając na nowych gości. Nie pamiętam kto do mnie podszedł. Czy była to jedna z tych blondynek z recepcji, czy może chłopak, który pracuje ze mną na zmianie. Telefon z pokoju 350. Winda,trzecie piętro, na którym przypomniałem sobie dokąd idę. Drzwi nie był domknięte, a kiedy zapukałem nikt się nie odezwał. Poczekałem jeszcze chwilę starając się nie myśleć o niczym. Chodzi na pewno o walizki, chociaż to dopiero sierpień.
W końcu pchnąłem drzwi. Siedziała na łóżku tyłem do wejścia. Poruszyła się lekko i obróciła głowę.
Ostatnie dni były na tyle męczące, że przestałem ją obserwować. Nie zauważyłem przez to, że jej oczy były szeroko otwarte. Odżyły, były jasne, nadawały twarzy lekkości. Patrzyły na mnie bystro, z zaciekawieniem.
Stanęła przede mną, ale nie powiedziała ani słowa. Pocałowała mnie, a ja poczułem że coś się zawaliło, że to nie była dobra decyzja. Poruszyłem się niespokojnie kilka razy, próbując wygrać. Odsunęła się i pomyślałem, że może mi coś wyjaśni. Stałem oszołomiony, śledziłem ruch jej palców odpinających zamki, guziki i zatrzaski. Naprawdę nie wiem kiedy się jej oddałem, kiedy moje ręce przestały próbować ją powstrzymać.
Pachniała słodko i słodko się śmiała. Gładziłem jej ciało, później całowałem mocno i chętnie. Pozwoliłem jej wbijać się w moją skórę. Czułem ją pode mną, słyszałem jej głośny oddech. Poruszałem się mocniej widząc jej uśmiech.Pozwoliła mi skończyć w sobie nie myśląc o niczym.
Naprawdę nie widzę w tym sensu do tej pory.
Wyszedłem, kiedy zasnęła, poszedłem patrzeć na łodzie.
Nie widziałem jej kilka dni, potem wyglądała normalnie. Jej oczy, jej nogi, jej ręce. Był jej, nie myślałem o nich jak o mojej własności.
Skończył się sierpień i zgasła dopiero, kiedy otworzyły się drzwi samochodu, a ja zarejestrowałem polecenie zniesienia walizek.
Myślę, że mogłem ją uratować, zrobić coś dobrego.
Patrzyła nieprzytomnie, prawie nie podnosiła nóg.
Starałem się trzymać myśli, że nie zrobiłem jej krzywdy. Wiedziałem, że nie zrobiłem jej krzywdy.
czwartek, 6 sierpnia 2015
II
Gwar rozmów zagłuszył ostry świst. Buchnęła gęsta para, zaczęło się dobrze znane zamieszanie. Trzaskały ciężkie drzwi, wybuchał śmiech. Mężczyźni w ciemnoniebieskich mundurach zgrabnie wyskakiwali z pociągu. Ich ciężkie, podbite buty uderzały raz po raz o betonowy peron. Taki sam dźwięk zaczął się kilka lat wcześniej. Wtedy większa grupa mężczyzn musiała do pociągu wejść. Każdy z nich myślał tylko o tym jak będzie wyglądał ich powrót. Do pociągu wchodzili pojedynczo, bez pośpiechu. Nie zajmowali miejsc, nie pakowali bagaży. Jak najdłużej przechadzali się po peronie, trzymając w dłoni ukochaną dłoń, próbując odwlec moment pożegnania. Kiedy zajęli miejsca, zaczął pojawiać się stukot okien. Drewno, na które napierały jeszcze czyste dłonie, ustępowało pod ich ciężarem z charakterystycznym trzaskiem. Okna wypełniały się uśmiechniętymi twarzami. Żaden z nich nie chciał przecież, żeby jego kobieta patrzyła na smutną twarz. Mimo tego, że wyjeżdżali i przez najbliższe lata będą robić okropne rzeczy i takich samych rzeczy będą doznawać, cały czas pilnowali, żeby jeszcze bardziej nie zasmucić kobiet. Ktoś może zapytać, czy taka gra cokolwiek dała. Oczywiście, że tak. Ich zmęczone i zapłakane oczy łatwo dały się oszukać. Nie widziały napięcia na twarzach swoich mężów, nie widziały malującego się strachu. Gra tocząca się między oknem a peronem dodawała im odwagi i pozwalała wierzyć w to, że już niedługo będą ich witać stojąc w tym samym miejscu. Niektórym z nich się udało. Minęło kilka lat i można by powiedzieć, że zmieniło się wszystko i nic. Stary dąb, stojący przy wejściu na stację, złamał się w pół podczas jednej z letnich burz. Budynki, które utraciły swoich właścicieli popadały w ruinę. Niektórzy ludzie, którzy widzieli przyjazd pierwszych pociągów już dawno odeszli. Pojawili się też nowi, którzy nie wiedzieli nic o tym miejscu.
Kobiety posiwiały z nerwów, zaczerwienione oczy zdradzały setki nieprzespanych nocy. Niektóre z nich nie czekały same. Wokół ich palców zaciskały się drobne dłonie. Kobiety przyszły na stację starsze nie o 6, a o co najmniej 20 lat. Upływ czasu zanikał dopiero wtedy, kiedy usłyszały uderzenie butów o peron i poczuły ciepły pocałunek na twarzy. Nie zestarzeli się tylko ci, którzy nie czekali na nikogo.
Brunetka średniego wzrostu miała na sobie zwiewną sukienkę do kolan. Uległa modzie jak reszta kobiet, dlatego jej dłonie ubrane były w delikatne rękawiczki. Swobodnie rozpuszczone włosy zdobił kapelusz. Przyszła na stację z kobietą, którą trzymała za rękę, a tylko jedna z nich czekała na powrót swojego mężczyzny.
Czekając na koniec powitania powoli stawiała kroki wzdłuż krawędzi peronu. Pociąg ruszył powoli, bez problemu dotrzymywała mu tempa. Przyśpieszała razem z nim i kiedy rozpędził się na tyle szybko, że musiałaby za nim biec, podmuch pary strącił jej kapelusz z głowy. Potoczył się po peronie zbierając sobą cały brud. Zatrzymały go dłonie mężczyzny w mundurze, który rzucił swój bagaż, żeby go złapać.
Pomiędzy brunetką, a mężczyzną nawiązała się rozmowa. Uśmiechała się do niego.
- Oddam go, jeżeli zgodzi się Pani wypić kawę z biednym żołnierzem - roześmiał się wskazując na zabandażowane kolano.
Kobieta zmieszała się. Widziała za jego plecami przyjaciółkę, która czeka na nią z mężem.
- Obiecałam przyjaciółce, że spędzę z nimi dzień - powiedziała wskazując na przytuloną parę. - Musi pan zrozumieć, on dopiero co wrócił.
Nie odpowiedział. Odwrócił się, a ona miała ochotę krzyczeć, żeby zaczekał. Nie miał jednak zamiaru uciekać. Podszedł do pary i ukłonił się przed kobietą. Z tej odległości nie było słychać jego słów. Za chwilę wrócił zadowolony.
- Nie ma Pani wyboru. Oni wręcz kazali mi Panią zabrać.
Nie zdążyła powiedzieć ani słowa. Silna ręka złapała o wiele słabszą rękę i pociągnęła za sobą.
Szli ramię przy ramieniu. Twarz mężczyzny wyraźnie łagodniała z każdym krokiem. Jego oczom ukazywały się kolejne miejsca, które tak dobrze zna. Za rogiem wciąż istniała jego ulubiona kawiarenka. Kilka metalowych okrągłych stolików, ciężkie krzesła, kwiaty w wazonach. Wciąż ta sama kelnerka.
- Nawet nie wie Pani jaka to ulga. Jaka to ulga wrócić do swojego miasta i widzieć, że jest prawie nietknięte.
W małej kawiarni padło dużo słów. Powrót do dawnego świata kazał mu mówić, nie dało się tego powstrzymać. Nie mógł uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno spał w okopach i strzelał do ludzi. Jeszcze nie tak dawno proch brudził ręce, szczypał w oczy, a huk zagłuszał własne myśli. Nie mógł uwierzyć, że wrócił do domu, a tutaj wszystko jest jak dawniej. Jego ulubiona kawiarnia, ludzie na ulicach, błękit nieba, piękne kobiety. Patrzył na nią i mówił, jakby od jego słów zależało wszystko co może się później zdarzyć.
Odpowiadał na pytania o bliznach. O tych na twarzy, o dłoniach, które były nimi pokryte. Mówił o kuli, która trafiła w kolano. Opisywał szpital, w którym leżał, pacjentów obok, krzyk i ból.
Żadne z nich nie zauważyło kiedy słabsza dłoń przykryła tę mocniejszą. Z każdym kolejnym słowem gładziła ją delikatnie, próbując zabrać złe wspomnienia.
Wiedział, że cała opowieść musi się dokonać, bo im więcej mówił, tym mniej bólu zostawało w jego sercu.
Cofał się i przechodził jeszcze raz przez ostatnie lata na froncie. Znowu czołgał się w pyle, zaczepiał mundurem o drut, krzyczał, strzelał i krył się. Mając przed sobą obcą twarz dotarł do końca opowieści, a zarazem do jej początku. Poczuł, jakby moment wejścia i wyjścia z pociągu nie oddzielały już lata niesprawiedliwego cierpienia.
Nachylił się nad stolikiem strącając przy tym wazon pełen kwiatów. Szukał ust, które nie były byle jakie i przypadkowe. Obserwował ją, kiedy szła po peronie czekając na przyjaciół. Uśmiechał się w duchu, bo wiedział, że tak naprawdę czekała na niego. Miała naprawdę miękkie i ciepłe wargi. Całował je zamykając to, co było kiedyś i witał tym pocałunkiem to, co dopiero ma nadejść. Szli w stronę Sekwany trzymając się za ręce. Powiedział, że powinni wciąż sprzedawać tam piękne kapelusze.
Kobiety posiwiały z nerwów, zaczerwienione oczy zdradzały setki nieprzespanych nocy. Niektóre z nich nie czekały same. Wokół ich palców zaciskały się drobne dłonie. Kobiety przyszły na stację starsze nie o 6, a o co najmniej 20 lat. Upływ czasu zanikał dopiero wtedy, kiedy usłyszały uderzenie butów o peron i poczuły ciepły pocałunek na twarzy. Nie zestarzeli się tylko ci, którzy nie czekali na nikogo.
Brunetka średniego wzrostu miała na sobie zwiewną sukienkę do kolan. Uległa modzie jak reszta kobiet, dlatego jej dłonie ubrane były w delikatne rękawiczki. Swobodnie rozpuszczone włosy zdobił kapelusz. Przyszła na stację z kobietą, którą trzymała za rękę, a tylko jedna z nich czekała na powrót swojego mężczyzny.
Czekając na koniec powitania powoli stawiała kroki wzdłuż krawędzi peronu. Pociąg ruszył powoli, bez problemu dotrzymywała mu tempa. Przyśpieszała razem z nim i kiedy rozpędził się na tyle szybko, że musiałaby za nim biec, podmuch pary strącił jej kapelusz z głowy. Potoczył się po peronie zbierając sobą cały brud. Zatrzymały go dłonie mężczyzny w mundurze, który rzucił swój bagaż, żeby go złapać.
Pomiędzy brunetką, a mężczyzną nawiązała się rozmowa. Uśmiechała się do niego.
- Oddam go, jeżeli zgodzi się Pani wypić kawę z biednym żołnierzem - roześmiał się wskazując na zabandażowane kolano.
Kobieta zmieszała się. Widziała za jego plecami przyjaciółkę, która czeka na nią z mężem.
- Obiecałam przyjaciółce, że spędzę z nimi dzień - powiedziała wskazując na przytuloną parę. - Musi pan zrozumieć, on dopiero co wrócił.
Nie odpowiedział. Odwrócił się, a ona miała ochotę krzyczeć, żeby zaczekał. Nie miał jednak zamiaru uciekać. Podszedł do pary i ukłonił się przed kobietą. Z tej odległości nie było słychać jego słów. Za chwilę wrócił zadowolony.
- Nie ma Pani wyboru. Oni wręcz kazali mi Panią zabrać.
Nie zdążyła powiedzieć ani słowa. Silna ręka złapała o wiele słabszą rękę i pociągnęła za sobą.
Szli ramię przy ramieniu. Twarz mężczyzny wyraźnie łagodniała z każdym krokiem. Jego oczom ukazywały się kolejne miejsca, które tak dobrze zna. Za rogiem wciąż istniała jego ulubiona kawiarenka. Kilka metalowych okrągłych stolików, ciężkie krzesła, kwiaty w wazonach. Wciąż ta sama kelnerka.
- Nawet nie wie Pani jaka to ulga. Jaka to ulga wrócić do swojego miasta i widzieć, że jest prawie nietknięte.
W małej kawiarni padło dużo słów. Powrót do dawnego świata kazał mu mówić, nie dało się tego powstrzymać. Nie mógł uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno spał w okopach i strzelał do ludzi. Jeszcze nie tak dawno proch brudził ręce, szczypał w oczy, a huk zagłuszał własne myśli. Nie mógł uwierzyć, że wrócił do domu, a tutaj wszystko jest jak dawniej. Jego ulubiona kawiarnia, ludzie na ulicach, błękit nieba, piękne kobiety. Patrzył na nią i mówił, jakby od jego słów zależało wszystko co może się później zdarzyć.
Odpowiadał na pytania o bliznach. O tych na twarzy, o dłoniach, które były nimi pokryte. Mówił o kuli, która trafiła w kolano. Opisywał szpital, w którym leżał, pacjentów obok, krzyk i ból.
Żadne z nich nie zauważyło kiedy słabsza dłoń przykryła tę mocniejszą. Z każdym kolejnym słowem gładziła ją delikatnie, próbując zabrać złe wspomnienia.
Wiedział, że cała opowieść musi się dokonać, bo im więcej mówił, tym mniej bólu zostawało w jego sercu.
Cofał się i przechodził jeszcze raz przez ostatnie lata na froncie. Znowu czołgał się w pyle, zaczepiał mundurem o drut, krzyczał, strzelał i krył się. Mając przed sobą obcą twarz dotarł do końca opowieści, a zarazem do jej początku. Poczuł, jakby moment wejścia i wyjścia z pociągu nie oddzielały już lata niesprawiedliwego cierpienia.
Nachylił się nad stolikiem strącając przy tym wazon pełen kwiatów. Szukał ust, które nie były byle jakie i przypadkowe. Obserwował ją, kiedy szła po peronie czekając na przyjaciół. Uśmiechał się w duchu, bo wiedział, że tak naprawdę czekała na niego. Miała naprawdę miękkie i ciepłe wargi. Całował je zamykając to, co było kiedyś i witał tym pocałunkiem to, co dopiero ma nadejść. Szli w stronę Sekwany trzymając się za ręce. Powiedział, że powinni wciąż sprzedawać tam piękne kapelusze.
wtorek, 14 lipca 2015
lemonade
Kwaśną wodę zamkniętą w szklanych butelkach z białym korkiem kupiliśmy od dziewczyny nieco młodszej od nas. Ludzie chętnie podchodzili do jej stoiska ciesząc się jak dzieci ze starych butelek. Jej ciało zmęczone natarczywym słońcem okazywało dostrzegalne ślady zażenowania. Patrząc na nią wiedzieliśmy, że to nie jest żadna sprzedaż vintage, ale wykorzystanie starego szkła, które zalega na strychu ledwo stojącego domu. Udawaliśmy, że nie słyszymy jej głosu, który miał nas przywołać po zostawioną resztę.
Padało, kiedy piliśmy lemoniadę siedząc na piasku. Deszcz muskał jej opaloną i gorącą skórę. Po kilku dniach palącego słońca wszystko zaczynało tracić swoje kształty. Kontury rozmywały się pod wpływem ciepła, przed oczami trwała uporczywie mgła, a czoła i brwi były już już bardzo zmęczone niewygodnym grymasem. Wszystko zaczynało stawać się wyraźne dzięki odrobinie wody. Odcienie nasycały się, a kształty nie były już płynne.
Siedziała naprzeciwko mojej twarzy ściskając udami zimną butelkę. Jej włosy zdecydowanie urosły w ostatnim czasie i dzięki słońcu nabrały ciepły odcień. Idąc przez łąkę puściłem jej rękę. Nie opierała się, kiedy przypinałem kwiaty do jej włosów. Wyglądała uroczo siedząc na piasku w białej, luźniej sukience z polnymi kwiatkami, które wydostały się spod spinek i muskały ją po szyi.
W domu nastawiłem płytę obserwując jak biega na boso zostawiając mokre ślady na podłodze. Bawiła się z psem krzycząc i śmiejąc się. Co chwilę kazała mi na siebie patrzeć, co o boże, wywoływało szeroki uśmiech na mojej twarzy. Śmiała się z tego jeszcze bardziej.
Rzucała piłkę psu i ścigała się z nim, kto pierwszy do niej dobiegnie. Była jak dziecko, kiedy przewróciła się na własnych mokrych śladach. Narobiła sporego hałasu swoim drobnym ciałem. Zniosłem ją i położyłem na łóżko, z obrażoną miną pokazywała gdzie ją boli. Masowałem kostkę i kolano, na koniec dostała buzi w czoło. Moja Maga wciąż wskazywała na bolące kolano. Pocałowałem je kilka razy patrząc jak wraca jej uśmiech. Skierowała dłoń na brzuch. Delikatnie zsunąłem mokrą sukienkę z jej ciała i musnąłem ustami wciąż ciepłą skórę. Wyżej. Poczułem mocny zarys żeber. Wyżej. Usta znalazły pieprzyk pod prawą piersią. Wyżej. Bledsza i delikatna skóra piersi pokryta gęsią skórką. Wyżej. Chude obojczyki. Wyżej. Krew płynąca przez jej szyję. Wyżej. Miękkie usta, które szukały moich.
Długie włosy opadające falą na jasne poduszki i polne kwiaty pod naszymi ciałami.
Padało, kiedy piliśmy lemoniadę siedząc na piasku. Deszcz muskał jej opaloną i gorącą skórę. Po kilku dniach palącego słońca wszystko zaczynało tracić swoje kształty. Kontury rozmywały się pod wpływem ciepła, przed oczami trwała uporczywie mgła, a czoła i brwi były już już bardzo zmęczone niewygodnym grymasem. Wszystko zaczynało stawać się wyraźne dzięki odrobinie wody. Odcienie nasycały się, a kształty nie były już płynne.
Siedziała naprzeciwko mojej twarzy ściskając udami zimną butelkę. Jej włosy zdecydowanie urosły w ostatnim czasie i dzięki słońcu nabrały ciepły odcień. Idąc przez łąkę puściłem jej rękę. Nie opierała się, kiedy przypinałem kwiaty do jej włosów. Wyglądała uroczo siedząc na piasku w białej, luźniej sukience z polnymi kwiatkami, które wydostały się spod spinek i muskały ją po szyi.
W domu nastawiłem płytę obserwując jak biega na boso zostawiając mokre ślady na podłodze. Bawiła się z psem krzycząc i śmiejąc się. Co chwilę kazała mi na siebie patrzeć, co o boże, wywoływało szeroki uśmiech na mojej twarzy. Śmiała się z tego jeszcze bardziej.
Rzucała piłkę psu i ścigała się z nim, kto pierwszy do niej dobiegnie. Była jak dziecko, kiedy przewróciła się na własnych mokrych śladach. Narobiła sporego hałasu swoim drobnym ciałem. Zniosłem ją i położyłem na łóżko, z obrażoną miną pokazywała gdzie ją boli. Masowałem kostkę i kolano, na koniec dostała buzi w czoło. Moja Maga wciąż wskazywała na bolące kolano. Pocałowałem je kilka razy patrząc jak wraca jej uśmiech. Skierowała dłoń na brzuch. Delikatnie zsunąłem mokrą sukienkę z jej ciała i musnąłem ustami wciąż ciepłą skórę. Wyżej. Poczułem mocny zarys żeber. Wyżej. Usta znalazły pieprzyk pod prawą piersią. Wyżej. Bledsza i delikatna skóra piersi pokryta gęsią skórką. Wyżej. Chude obojczyki. Wyżej. Krew płynąca przez jej szyję. Wyżej. Miękkie usta, które szukały moich.
Długie włosy opadające falą na jasne poduszki i polne kwiaty pod naszymi ciałami.
piątek, 10 lipca 2015
deux
Ludzie potrafią złożyć obietnice, które dotyczą każdej możliwej rzeczy. Jednak mnie nie obchodzą zapewnienia, że ktoś odda mi pożyczone pieniądze w dwa tygodnie, że ktoś nie zniszczy książki, którą wziął ode mnie, bo bardzo chciał ją przeczytać, albo takie, że jak pójdziemy na ten film do kina, to na pewno się nie zawiodę. Tak naprawdę obchodzi mnie już tylko jedna rzecz.
Widziałam wiele okropnych rzeczy, od których starałam się uciec. Wszystkie zbierały się jednak obok mnie przybierając ludzkie postacie. Każdy najgorszy lęk, każde niemiłe wspomnienie, każda sytuacja, która sprawiła tak bardzo okropny ból. Przytłaczały mnie i zabierały coraz więcej miejsca z środka okręgu, w którym stałam. Widziałam z daleka jak pojawiają się następne i pełzną. Nie potrafiłam już dłużej walczyć. Położyłam się w samym środku okropnego bałaganu, nie wiedząc sama na co czekam. Nie miałam siły, żeby skrzywić się i próbować uciekać, kiedy kolejna postać dotknęła mnie chłodną ręką.
Długo uświadamiałam sobie na co czekam. Leżałam, bo liczyłam, że w takiej pozycji paradoksalnie łatwiej będzie mnie znaleźć. I pewnego dnia, kiedy dałam już jeść wszystkim upiorom, kiedy pozwoliłam po raz kolejny dać sobą pomiatać i kiedy pozwoliłam na to, żeby postacie znowu sprowadziły mnie do pozycji leżącej, On przyszedł i wziął mnie na naprawdę długi spacer. Jego dotyk był ciepły, oczy ufne, ręce mocne i bezpieczne. Podniósł mnie, pomógł przejść pierwsze najtrudniejsze metry, pomógł przedrzeć się przez zamknięty krąg. Ściskał moją rękę mocniej słysząc okropny wrzask, który został w tyle. Stopniowo był coraz dalej, zaczynała dzielić nas przepaść, której jak wtedy myślałam, nie da się pokonać.
On pokazał mi przestrzeń. Nauczył mnie życia poza kręgiem, życia bez szeptów, obelg i chłodu. Kładł mnie powoli w wysokiej, soczystej trawie. Nauczył mnie jak nie mrużyć oczu, jak nie chować się przed ciosem. Umiałam bez strachu patrzeć prosto w rozciągniętą nad nami przestrzeń.
Obiecał, że zawsze ze mną będzie, a ja wiem, że jego dłonie wciąż pozostaną ciepłe.
Widziałam wiele okropnych rzeczy, od których starałam się uciec. Wszystkie zbierały się jednak obok mnie przybierając ludzkie postacie. Każdy najgorszy lęk, każde niemiłe wspomnienie, każda sytuacja, która sprawiła tak bardzo okropny ból. Przytłaczały mnie i zabierały coraz więcej miejsca z środka okręgu, w którym stałam. Widziałam z daleka jak pojawiają się następne i pełzną. Nie potrafiłam już dłużej walczyć. Położyłam się w samym środku okropnego bałaganu, nie wiedząc sama na co czekam. Nie miałam siły, żeby skrzywić się i próbować uciekać, kiedy kolejna postać dotknęła mnie chłodną ręką.
Długo uświadamiałam sobie na co czekam. Leżałam, bo liczyłam, że w takiej pozycji paradoksalnie łatwiej będzie mnie znaleźć. I pewnego dnia, kiedy dałam już jeść wszystkim upiorom, kiedy pozwoliłam po raz kolejny dać sobą pomiatać i kiedy pozwoliłam na to, żeby postacie znowu sprowadziły mnie do pozycji leżącej, On przyszedł i wziął mnie na naprawdę długi spacer. Jego dotyk był ciepły, oczy ufne, ręce mocne i bezpieczne. Podniósł mnie, pomógł przejść pierwsze najtrudniejsze metry, pomógł przedrzeć się przez zamknięty krąg. Ściskał moją rękę mocniej słysząc okropny wrzask, który został w tyle. Stopniowo był coraz dalej, zaczynała dzielić nas przepaść, której jak wtedy myślałam, nie da się pokonać.
On pokazał mi przestrzeń. Nauczył mnie życia poza kręgiem, życia bez szeptów, obelg i chłodu. Kładł mnie powoli w wysokiej, soczystej trawie. Nauczył mnie jak nie mrużyć oczu, jak nie chować się przed ciosem. Umiałam bez strachu patrzeć prosto w rozciągniętą nad nami przestrzeń.
Obiecał, że zawsze ze mną będzie, a ja wiem, że jego dłonie wciąż pozostaną ciepłe.
sobota, 13 czerwca 2015
/
Dwa kolory: czerwony.
Cały dzień zanosiło się na taki wieczór. Od samego rana lepkie powietrze, które gęstniało jeszcze bardziej z każdą godziną. Całkowicie pozbawiało mnie oddechu. Niebo zrobiło się sine, wyglądało jakby ktoś zakrył je całe rękoma, które zbyt długo były w zimnej wodzie. Powietrze zaczęło drżeć. Grzmot odbijał się echem w uszach, brzmiał jeszcze długo po tym jak przestał istnieć. Zmieniały się kolory, siny czerwienił się.
Mrugnięcie powiek. Myślałam o dawnych powrotach do domu, kiedy dni były tak samo upalne jak teraz. Jak niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Wyczekiwałam końca dnia, żeby położyć się nieruchomo na rozgrzanym łóżku i w końcu wymknąć się do miejsca, w którym w końcu można oddychać. Wracałam potem z ubraniami mokrymi od wilgotnej trawy, z resztkami nocy we włosach, w oczach cały czas tlił się niesowicie jasny księżyc, który wisiał dokładnie nade mną. Nie pamiętam ile razy prosiłam, żeby spadł. Wracałam z zimnymi dłońmi, pachnąc dymem, pomieszaniem nocy i dnia. Zimne ręce, myśli, że może kiedyś skończę uciekać, może będę umiała wszystko zaakceptować, albo ktoś mnie po prostu wyręczy i ułoży wszystko na nowo.
I nagle wszystko wybuchło. Otworzyłam oczy na okropną czerwień, która przelewała się przez całe niebo. Drzewa na jej tle wyglądały jakby stały w ogniu. Z każdej strony otulał mnie grzmot, jeden za drugim. Przed oczami jasne błyski. Bałam się, ale liczyłam złudnie na odrobinę odwagi, która pozwoli mi się nie bać nie tylko grzmotów i która złapie moje ręce nad czerwoną skórą.
Cały dzień zanosiło się na taki wieczór. Od samego rana lepkie powietrze, które gęstniało jeszcze bardziej z każdą godziną. Całkowicie pozbawiało mnie oddechu. Niebo zrobiło się sine, wyglądało jakby ktoś zakrył je całe rękoma, które zbyt długo były w zimnej wodzie. Powietrze zaczęło drżeć. Grzmot odbijał się echem w uszach, brzmiał jeszcze długo po tym jak przestał istnieć. Zmieniały się kolory, siny czerwienił się.
Mrugnięcie powiek. Myślałam o dawnych powrotach do domu, kiedy dni były tak samo upalne jak teraz. Jak niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Wyczekiwałam końca dnia, żeby położyć się nieruchomo na rozgrzanym łóżku i w końcu wymknąć się do miejsca, w którym w końcu można oddychać. Wracałam potem z ubraniami mokrymi od wilgotnej trawy, z resztkami nocy we włosach, w oczach cały czas tlił się niesowicie jasny księżyc, który wisiał dokładnie nade mną. Nie pamiętam ile razy prosiłam, żeby spadł. Wracałam z zimnymi dłońmi, pachnąc dymem, pomieszaniem nocy i dnia. Zimne ręce, myśli, że może kiedyś skończę uciekać, może będę umiała wszystko zaakceptować, albo ktoś mnie po prostu wyręczy i ułoży wszystko na nowo.
I nagle wszystko wybuchło. Otworzyłam oczy na okropną czerwień, która przelewała się przez całe niebo. Drzewa na jej tle wyglądały jakby stały w ogniu. Z każdej strony otulał mnie grzmot, jeden za drugim. Przed oczami jasne błyski. Bałam się, ale liczyłam złudnie na odrobinę odwagi, która pozwoli mi się nie bać nie tylko grzmotów i która złapie moje ręce nad czerwoną skórą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)