sobota, 13 czerwca 2015

/

Dwa kolory: czerwony.
Cały dzień zanosiło się na taki wieczór. Od samego rana lepkie powietrze, które gęstniało jeszcze bardziej z każdą godziną. Całkowicie pozbawiało mnie oddechu. Niebo zrobiło się sine, wyglądało jakby ktoś zakrył je całe rękoma, które zbyt długo były w zimnej wodzie. Powietrze zaczęło drżeć. Grzmot odbijał się echem w uszach, brzmiał jeszcze długo po tym jak przestał istnieć. Zmieniały się kolory, siny czerwienił się.
Mrugnięcie powiek. Myślałam o dawnych powrotach do domu, kiedy dni były tak samo upalne jak teraz. Jak niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Wyczekiwałam końca dnia, żeby położyć się nieruchomo na rozgrzanym łóżku i w końcu wymknąć się do miejsca, w którym w końcu można oddychać. Wracałam potem z ubraniami mokrymi od wilgotnej trawy, z resztkami nocy we włosach, w oczach cały czas tlił się niesowicie jasny księżyc, który wisiał dokładnie nade mną. Nie pamiętam ile razy prosiłam, żeby spadł. Wracałam z zimnymi dłońmi, pachnąc dymem, pomieszaniem nocy i dnia. Zimne ręce, myśli, że może kiedyś skończę uciekać, może będę umiała wszystko zaakceptować, albo ktoś mnie po prostu wyręczy i ułoży wszystko na nowo.
I nagle wszystko wybuchło. Otworzyłam oczy na okropną czerwień, która przelewała się przez całe niebo. Drzewa na jej tle wyglądały jakby stały w ogniu. Z każdej strony otulał mnie grzmot, jeden za drugim.  Przed oczami jasne błyski. Bałam się, ale liczyłam złudnie na odrobinę odwagi, która pozwoli mi się nie bać nie tylko grzmotów i która złapie moje ręce nad czerwoną skórą.

wtorek, 6 stycznia 2015

night

Chcę wyjść z Tobą na spacer, bo noc jest dziś cicha i przyjemna, zadziwiająco ciepła jak na środek zimy. Nie dowiedziałam się o tym robiąc coś złego, kręcą się sama po pustym już mieście, czy zapalając w prawej dłoni coś cienkiego i bardzo niedobrego. Może zasypiasz, a ja chciałam sprawdzić czy widzimy takie samo niebo. Wszystko się tutaj odbija i myślę, że i ty i ja widzimy tylko światła z ulicy. Chcę wyjść z Tobą na spacer tam, gdzie nie ma ludzi, jest ciemno i pusto. Chcę wyjść z Tobą na spacer, gdzie w środku nocy panuje tłok i zgiełk. Chcę żeby każdy nas widział, dziwił się że nie mamy rękawiczek, że mamy chude nogi, że i ja i ty trzęsiemy się z zimna, mówiąc jak zadziwiająco ciepło jest dzisiaj. Chcę wypić z Tobą dobre wino, założyć sukienkę bez pleców, tańczyć boso na trawie, na drewnie, na miękkiej pościeli. Chcę patrzeć jak wyciągasz płyty i myślisz nad wyborem, jak uśmiechasz się, bo dobrze wiemy co wybierzesz, chcę widzieć jak pochylasz się nad adapterem, jak ustawiasz igłę, zostajesz na kilka sekund w takiej pozycji, dopiero potem odwracasz się do mnie słysząc skrzypnięcie, lekkie drganie, czysty dźwięk, już nic tak nie brzmi i nic więcej nie będzie tak brzmiało. Chcę się zgodzić i podać Ci rękę, dać sobie poprawić włosy, ułożyć się dobrze przy Twoim ciele, czuć splecione ręce poniżej tali, chcę drażnić swój nos zapachem, który lubisz, chcę drażnić skórę rąk materiałem, który nosisz, chcę drażnić Twoją głowę delikatnie przysuwając się i oddalając, chcę czuć delikatny ale stanowczy ruch ramion, które nie pozwolą oddalić mi się za mocno i zawsze będą czekać, żeby znowu mnie do siebie przyciągnąć.
Chcę na Ciebie czekać, rano, wciągu dnia, w nocy. Cieszyć się z tego, że już jesteś, smucić się, bo jeszcze Cię nie ma. Chcę rano spać dłużej niż ty. Wstaniesz wcześniej, będę spała myśląc, że jesteś. Chcę żebyś myślał, że długo jeszcze, leżał obok, zmieniał pozycje, prawy bok, lewy, łokcie, żebyś mnie delikatnie dotykał, delikatnie dmuchał mi w mocno zamknięte oczy, bo wtedy nieświadomie zaciskam je jeszcze mocniej, aż w końcu budzę się i mam Ciebie przed sobą, bo przecież o to Ci chodziło, więc uśmiechasz się, bo dopiąłeś swego i masz już mnie i mamy następny dzień przed sobą. Chcę się z Tobą bawić przy ubieraniu, chcę żebyś tolerował, że do piekarni pójdziesz trzymając za rękę swoje małe szczęście i trzymając mankiet swojej własnej koszuli, do którego mogłabym włożyć dwie ręce. Chcę żebyś kupił ciastka, zostawił mi ciemne, zjadł jasne siedząc na oknie z mocną kawą, żebyś pozwalał mi założyć pudełko na Twoją głowę, żebyś nie złościł się, że jestem dzieckiem. Chcę przeglądać Twoje rzeczy i znosić więcej rzeczy w puste miejsca. Chcę robić Ci małe prezenty, z których nie zawsze będziesz zadowolony, chcę przegrywać Ci piosenki i tworzyć z nich składanki na kasetach, na które będziemy potem wyklinać, ty mocno, ja mniej, bo nie będziemy mogli odtworzyć ich w samochodzie. Chcę znosić Ci zeszyty z suchymi kwiatami w środku, które przytwierdza do kartki zbyt duży kawałek ciemnej taśmy. Chcę pisać Ci słowa na rękach pisakami, które świecą, chcę mówić Ci o słowach, które napisałam, wyjaśniać te, które nie istnieją. Chcę żebyś świecił obsypany brokatem i złościł się na mnie, bo tego na pewno nie lubisz. Chcę żebyś używał pełnej formy mojego imienia i robił minę, która każe mi zakręcić pudełeczko ze świecącym proszkiem. Chcę się obrócić i wiedzieć, że masz je już w ręku i jednym ruchem bladej dłoni otworzyłeś je, a drugim ruchem wysypałeś całą zawartość na moje włosy. Chcę żebyś wziął mnie na ręce i przeniósł na właściwe miejsce, kiedy widzisz, że jestem zmęczona. Zasnąć z Tobą, na Tobie, obok, na podłodze, na łóżku. Ręka obok, dłoń w dłoń, idealne proporcje, perfekcyjne dopasowanie. Zasnąć wiedząc, że kochasz, kocham. Spać, czuć się bezpiecznie, śnić o złych rzeczach, budzić się z krzykiem, krzyczeć prosto w twoje ręce, drapać, płakać, szarpać, uspokajać się, zasypiać wiedząc, że zawsze będziesz w tym samym miejscu, śpiąc, ale i czekając na to co może się zdarzyć.
Zostań blisko, proszę, zostań blisko.

piątek, 12 września 2014

tale

Byliśmy znowu w tym samym lesie. Teraz dużo rzeczy się zmieniło. Było chłodno i zaczynało robić się szaro. Liście już zaczęły spadać z drzew. Były brązowe i spokojnie leżały na ziemi czekając na wiatr, który je poruszy. Szliśmy trzymając się za ręce. Wolną ręką zakryłeś moją dłoń, żeby nie zmarzła za mocno. My nie zmieniliśmy się za dużo. Można powiedzieć, że wciąż wszytko było takie same. Wciąż byłeś wyższy ode mnie i wciąż miałeś bardziej zimne ręce. Prowadząc Cię w głąb lasu wciąż byłam nienormalna. Wszystko było jak dawniej. Śmiałeś się jak zawsze chociaż staliśmy na ziemi. Pamiętałeś, że potrafimy latać. Czas nie zatrzymał się i wiedzieliśmy o tym dobrze. Nie był to jednak powód do tego, żeby cokolwiek miało się stać.
Ziemia nasiąknęła lekko wilgocią z powietrza. Zapadała się pod ciężarem naszych ciał. Chłód nie był natarczywy, ale przyjemny. Oddychało się lekkim i rześkim powietrzem. Lekko otulała nas mgła, która mogłaby przeszkodzić komuś w dotarciu do celu, jednak kiedy wiesz dokąd zmierzasz, nigdy nie zgubisz drogi. Było cicho, przywykliśmy do rozmawiania ze sobą w głowie. Został nam jeszcze tylko kawałek, nie zmienialiśmy tempa, żeby go od siebie oddalić. To był zwykły kawałek drogi, który trzeba przejść, bo nie można się zatrzymać. To takie naturalne. Łamiąc wszystkie zasady logicznego myślenia, w samym sercu lasu było cieplej i jaśniej. Ziemia nie była mokra, powietrze było lżejsze. Usiedliśmy na trawie trzymając się wciąż złączonych rąk. Wkoło rosły drzewa, ale tylko dwa najbardziej skupiały naszą uwagę. Były takie same, chociaż na pewno były różne. Stały po dwóch stronach drogi. Jedno po lewej, drugie po prawej stronie. Jedno moje, drugie twoje. Siedzieliśmy tak chwilę, a może całkiem spory kawałek czasu. Podeszliśmy bliżej drzew niespecjalnie wypatrując towarzyszy. Szły ku nam główną drogą. Obok siebie. Takie same, chociaż na pewno różne. Jeden dla mnie, drugi dla ciebie. Podeszły bliżej nie rozdzielając się jednak.
Jest taka dziecięca zabawa, w której dzieci ustawiają się w kole, łapią za ręce i puszczają iskierkę. Jedno z nich mocniej ściska rękę osoby obok i przekazuje iskrę dalej. Jeżeli uścisk wróci na start, to znaczy, że zabawa się udała.
Na razie zobaczyłam ruch ręki, a potem wszystko zmieniło się bardzo szybko, albo bardzo wolno. Wydarzenia przebiegały obok, były tak blisko, że mogliśmy ich dotknąć. Pojawiły się wszystkie, dopiero potem poczułam uścisk. Ruch dwóch głów i dwa uśmiechy. Ręce rozłączyły się. Ja dostałam jednego dinozaura, a ty drugiego. Ja w lewo, ty w prawo. I było w porządku. Naprawdę wszystko jest w porządku.


niedziela, 3 sierpnia 2014

"

Pamiętam jak pachniało drewnem, które ścinał. Lubiłam patrzeć na to co robi, kiedy byłam małym dzieckiem. Chciałam wszystko z nim robić, we wszystkim pomagać. Miałam krótko ścięte włosy i ulubione spodenki w kropki. Miałam urodzić się chłopcem i chyba dlatego cały czas między nami jest taka dziwna więź, której nie umiem określić. Jestem najbardziej kłopotliwa spośród trzech córek, bo chyba najbardziej jestem do niego podobna. Takie same paskudne charaktery.
Zawsze to ja byłam z nim najbliżej. Na początku z własnej woli, potem z przymusu spowodowanego wyrzutami sumienia. Nie ma w tym żadnej czułości. Naszą relację określa raczej wzajemne ścieranie się ze sobą. Jesteśmy cholernie podobni, a jednocześnie niewiarygodnie różni.
Od małego wypracowano u mnie potrzebę kontaktu. Może dlatego, że wiedziałam o tym, że wybrano mi nawet męskie imię. Chciałam trochę zastąpić mu Kubę w domu pełnym kobiet. To ja chciałam się przytulać, ja zadawałam najwięcej pytań. To ja zawsze chciałam pomóc, to ja przesiadywałam z nim w garażu i w piwnicy, to mnie trzymał na kolanach prowadząc samochód. Mama wysyłała mnie po to, żeby przyprowadzić go do domu.  Dlatego czuję się odpowiedzialna.
Potem to wszystko się zmieniło. To ja byłam i jestem do tej pory powodem kłótni. Mówił o mnie, że jestem prowokatorem. Że to przeze mnie wszyscy płaczą i nie dogadują się. To zawsze ja próbowałam się z nim wykłócać i ja prowokowałam go do słów, na które będę mogła odpowiedzieć atakiem. W tym domu rzadko kiedy słyszało się inne imię niż moje i jego. Kiedy się kłócili, ja stawałam po stronie mamy, tylko po to, żeby czuł, że jest sam. Chciałam się odwdzięczyć za to co robi. Przez te wszystkie lata nie potrafiłam okazać wsparcia w żaden sposób. To co robił odpychało mnie. Pamiętałam każde zdanie na mój temat, każdą niemiłą rzecz, każde kłamstwo, każde naciągnięcie prawdy, które miało stawiać mnie w jeszcze gorszym świetle.
To do mnie zwrócił się o pomoc. Nie powiedział tego żonie, ani nikomu z innych bliskich mu osób. Mówił do mnie. Płakał i to mnie prosił o pomoc. Mogłam mieć 15 lat, kiedy przyszedł i prosił żebym przestała go odtrącać, żebym pokazała mu, że ktoś w niego wierzy, żebym wyraziła chęć pomocy. Siedział przytulony do mnie i płakał, bełkotał, a ja chciałam tylko żeby mnie puścił i przestał, żeby już zasnął. Potrzebował żebym powiedziała, że wszystko będzie dobrze, a ja milczałam. Miałam opuszczone ręce, zamknięte oczy. Nawet nie płakałam. Równie dobrze mógłby mówić do ściany, przytulać kamień. Nigdy nie nauczyłam się rozmawiać z nim o odwykach i terapii. Do tej pory ucinam temat. Tamten wieczór wzbudza we mnie ogromne poczucie winy i wstydu. Wstydziłam się i siebie i jego.
Nie chciał leczyć się rodzinnie, bo pewnie szedł tam z poczuciem tego, że jest kompletnie sam.
Jego terapeutka miała zajęcia w mojej szkole. Nie podobała mi się. Dorota. Wysoka, chuda, koścista, kręcone włosy nijakiego koloru, blade ręce, zawsze z kawą. Przychodziła z mężem zawsze zimą, nie wiem dlaczego nie przed wakacjami. Zmanierowana siedziała na miękkim krześle, ostentacyjnie otulona szalikami, w kurtce. Bo jej zimno. Mów za mnie. Żuła gumę, nosiła bransoletki, strzelała z palców, siedziała patrząc w okno, czasami odpowiadała na pytania męża, który skakał wokół dzieciaków próbując do nich przemówić. Ja patrzyłam się na nią, co w końcu zauważyła i zaczęła mi się przyglądać. Nie lubię jej do tej pory, nawet jeżeli mu pomogła. Cały czas ma jej numer zapisany w telefonie, może tak na wszelki wypadek. Nie wiem przez co przeszła w życiu, ale kiedy słuchałam tego co zechciała powiedzieć, miałam ochotę śmiać jej się w twarz i mówić jak cholernie mało wie. Wychodziłam z tych zajęć nie raz. Potem wściekałam się na siebie myśląc, że zawsze muszę odstawić jakieś przedstawienie. Muszę pokazać, że bardzo mnie coś rusza, jak bardzo ty nie masz racji, jak bardzo moje życie jest gorsze od twojego, jak bardzo czuję się pokrzywdzona, załamana i smutna. Zawsze żeby ktoś widział, zastanawiał się co się dzieje. Na pokaz. Od zawsze, do teraz. Żałosne.
Teraz kiedy wszystko się zmieniło i obraz nieprzytomnego ojca na podłodze to już tylko wspomnienie, ja cały czas przegrywam, bo nie mam mu już nic do zarzucenia. Ścieramy się nadal i pewnie tak będzie zawsze, bo ja mam do niego żal, a on ma żal do mnie. To nie jest sprawiedliwe, ale on też musi mieć jakiś argument, bez tego ja mogłabym wygrać. A przecież nie chcę. Nie chodzi o to, żeby postawić na swoim, ale znowu pokazać jak bardzo ci źle z tym co robi.
Oczywiście gdybym była Kubą wszystko byłoby całkiem proste ale jestem Agatą i wiem, że bardzo mu się to nie podoba.

niedziela, 13 lipca 2014

#

Nasz dom różnił się od reszty budynków na ulicy. Nie miał piętra, nie miał balkonu, nie miał szerokich drzwi i schodów w korytarzu. Nie był ogrodzony żywopłotem przycinanym w ciepłe soboty. Nie mieliśmy równo skoszonej, systematycznie podlewanej trawy. Ściany były chropowate i wbijały się w plecy. Zostawiały na skórze dziury. Obok rosły drzewa i ich gałęzie dotykały okien na tyłach domu. Dawały przyjazny cień i ochronę. Były potężne i stare, szumiały na wietrze.
Drzewa stały w odległości kilku metrów od siebie, jednak ich gałęzie stykały się ze sobą wysoko w pewnym miejscu. Po południu mieściło się tam słońce. Oczy same mrużyły się, kiedy głowa podnosiła się do góry. Jasne błyski rozlewały się przed twarzą i nagrzewały ją. Ciepły, pomarańczowy kolor zalewał wszystko przy zamkniętych oczach. Obraz drżał. Promienie wydłużały się i kładły się na ziemi. Wszystko zatrzymywało się na chwilę. Pojawiał się mimowolny uśmiech, oddech spłycał się, głowa przekrzywiała się na bok, plecy mocniej dociskały ściany. Z którejś strony padał cień i wszystko stawało się chłodne. Blada skóra na ramionach marzła, oczy rozglądały się za gdzieś rzuconym swetrem, tylko po to, żeby ubrać go i za chwilę zdjąć go znowu. Wracało ciepło. Nagrzana ulica była pusta. Samochody stały leniwie przy posesjach, ich lakier błyszczał w słońcu. Z daleka zdawały się topnieć. Syczały zraszacze i gdzieniegdzie pracowały kosiarki. Pachniało trawią i suchym powietrzem. Nieliczni ludzie bardzo powoli poruszali się w takie dni jak ten. Ci bardziej wygodni dojeżdżali na miejsca w nagrzanych samochodach. Wysiadali kilkanaście metrów dalej na kortach do tenisa. Nawierzchnia z piachu była sucha i brudziła jasne ubrania. Krótkie spódniczki kobiet podnosiły się do góry podczas podbiegania do piłki, pito wodę z cytryną z wysokich szklanek, każdy w czapce, albo daszku na głowie. Gra kończy się szybko. Białe sukienki i spódniczki chichoczą stojąc w pełnym słońcu, białe spodenki rozmawiają na lekkie tematy kryjąc się w cieniu. Potem wszyscy zbierają się do swoich domów. Początek wieczoru to moment, w którym wydaje się, że ludzi jest więcej niż w rzeczywistości. Popołudnia są leniwe i senne, za to wieczory to pora pełna życia. Słychać więcej głosów, które wraz ze spadkiem temperatury nasilają się i mają ochotę opuszczać gardła właścicieli. Samochody znowu zrobione są z metalu, a nie z lepkiej konsystencji. Mogą trąbić i przemykać przez ulicę. Mogą wjeżdżać do garażu i zatrzymywać się. Można w nich powoli opuszczać szyby pozwalając przy tym na wymianę uprzejmości kierowcy z pozdrawiającym go sąsiadem idącym po chodniku. Nie lubię wieczorów na tej ulicy, bo gubię się w twarzach i powstającym hałasie. Zanim wszystkie zakupy, rakiety i pasażerowie samochodów zdołają dotrzeć do swoich domów, ja dawno już zdążę zniknąć za drewnianymi drzwiami w oczekiwaniu na kolejne popołudnie. Czasami jest jednak tak, że kolejne popołudnie ma nigdy nie nadejść. O tym nie wie się oczywiście i robi się wszystkie ważne lub mniej ważne rzeczy myśląc, że to tylko kolejny dzień, w którym nic, a już na pewno nie tutaj, nie może się zdarzyć. 
Już od rana mocno świeciło słońce. Pod sklep na rogu ulicy podjechał samochód i zaparkował. Mężczyzna postawił na schodach metalowe skrzynki z butelkami mleka i odjechał. Bardzo szybko można było kupić tutaj świeże pieczywo i mleko dla dzieci. Małżeństwo z małego domku zaczyna spacer ze swoim psem, słychać uderzenia sportowych butów ludzi biegających obok. Tak jak codziennie ludzie wstają do pracy i jedzą śniadanie. Tak jak każdego dnia robią te same czynności. Odzywają się ptaki, słońce tak samo przesuwa się po ścianach i zmienia swoją pozycję. Na dłuższą chwilę lokuje się między jedną, a drugą gałęzią. Następuje spokój. Ulica znowu pustoszeje. Powietrze jest gęste i bezwietrzne, barwy są wyostrzone, tylko pod drzewami jest trochę cienia. Trawa jest miękka i nagrzana, a niebo jasne i czyste. Leżę na plecach.
W domu panuje chłód, gałęzie zasłaniają okna. Słońce nie dociera przez szyby. Wanna jest niewygodna i twarda, sufit przybrudzony. Kiedy ja czuję łaskotanie na twarzy, jej twarz otacza woda. Niebo przesuwa się leniwie, tak jak leniwie przesuwa się metal na skórze. Nieśpiesznie, powoli. Jem pierwsze maliny tego lata, które barwią moje ręce na czerwono, tak samo jak na czerwono barwi się woda. Drżę, bo niespodziewanie zawiał wiatr i drży też drugie ciało. Odchylam głowę i przymykam oczy, znowu widać tylko ciepłą plamę, obraz faluje przed oczami. Oczy zamykają się i wszystko jest już rozmyte. Leżę tak jeszcze chwilę, zaczyna się wieczór i zaczynają się powroty do domów. Znikam, zanim zacznę się gubić. Wstaję i kieruję się do wyjścia w chwili, w której odkładana jest słuchawka od telefonu i wstają dwie inne osoby również zmierzające do wyjścia. Przebieram się, kiedy rozwija się białe płótno i zmywam sok z rąk, kiedy większe i obce dłonie pozbywają się rękawiczek. Kładę się do łóżka, kiedy pozostali wstają z kanap i niespokojnie wychodzą ze swoich domów zamykając za sobą drzwi. Otwierają się mniejsze, podwójne, spora grupa ludzi z ciekawości i głupoty wyżej wyciąga głowy. Zatrzaskują się szybko, ciszę, która nagle nastała  przerywa ryk silnika i sygnał karetki. Powoli wraca się do swoich domów, ja wracam do siebie po kolejnym wieczorze i liczę na następny poranek. Kiedy budzę się jeszcze nikt nie kupił mleka, nikt nie biega, nie wyprowadza zwierząt na spacer. Każdy szepcze. Leżę na trawie czekając na popołudnie, jednak okazuje się, że na naszej ulicy już zawsze będzie panował wieczór.

niedziela, 6 lipca 2014

;

Wszystko zaczynało nabierać innych kolorów. Powietrze zrobiło się szare, niebo ostro niebieskie, droga wyblakła mocniej. Drzewa nasyciły się. Targane wiatrem zaczęły tracić liście. Wirowały one niespokojnie, a potem spadały z wysoka. Wiatr huczał, przenosił wszystko z miejsca na miejsce. Nadciągała burza. Niebo było gładkie, jednostajne. Jednakowe na całej długości, jednakowe na całej szerokości. Wszędzie tak samo wypełnione potężną energią, która w końcu miała opaść na ziemię. Szła w dół ulicy i wiedziała, że powinna się śpieszyć. Jednak nie robiła tego. Specjalnie spowalniała krok i przystawała co chwilę. Czasami ktoś przemykał obok z pochyloną głową i agresywnymi ruchami. Każdy chciał zdążyć na czas.
Myślała, że jej obecność tutaj coś zmieni. Że razem z powietrzem oczyści się jej ciało, że kiedy wszystko huknie o ziemię i kiedy niebo się rozedrze ona poczuje ulgę. Więc czekała. Nerwowo drapała ręce połamanymi paznokciami. Były nierówne i ostre. Zostawiały rozdrapany ślad na bladej skórze. Miała tego nie robić i dobrze o tym pamiętała. Ręce same zbliżały się do siebie i następował ból.
Wracała z pustego już domu. Chciała zastać go inaczej, w innym stanie, chciała żeby wciąż był ciepły i przyjazny. Żeby był prawie jej i żeby mogła do niego wracać. Ale był pusty, kiedy do niego weszła. Zostały w nim pojedyncze meble, które miały jakąkolwiek wartość. Obłożone folią czekały na nowych właścicieli. W pokojach było ciemno. Przez wysokie okna wpadał tylko chłód i spokój przed nadciągającą burzą. W mieście od rana do okien nie docierało światło. Brak słońca nie przytłaczał. Był natarczywy, ale znośny. Po wyjściu na powietrze można było zobaczyć, że to ściany blokują dostęp do tego co na zewnątrz. Tutaj ciemność była jasna.
W łazience zostało lustro. Kosztowało ich sporo pieniędzy. Było duże i proste. Drewniana rama zabierała minimum miejsca. Wisiało na ścianie pokrytej spękanymi kafelkami. Woleli kupić lustro. W sypialni zostały tylko gołe ściany. Żaden przedmiot nie miał wartości materialnej. Jednak ona nie potrafiła się z nimi rozstać. Chciała znowu leżeć w tym łóżku. Chciała się w nim budzić i patrzeć na twarz obok. Chciała wstawać i czuć dywan pod stopami. Chciała dochodzić do szafy i śmiać się akurat wtedy, kiedy ciągnęła za drzwiczki, a one z okropnym skrzypnięciem odsłaniały kilka powieszonych ubrań w środku. Wszystko jej zabrali, a to co zostało już nigdy nie miało do niej należeć. Pianino było okryte zbyt małym kawałkiem folii. Na czarnym drewnie już osiadł kurz i starła go koszulką, żeby nie zostawił śladu. Było nowe i drogie. Kupili je od razu i w tym pokoju przez długi czas stało tylko ono, bo nie stać ich było na resztę. Grał pięknie i delikatnie. Dźwięki niosły się po pustym pokoju i wracały do nich. Teraz znowu pojawiło się głuche echo, ale nie te dłonie miały grać. One tylko nieudolnie uderzały w ulubione klawisze. Zwiędły kwiaty, a trawa w ogrodzie sięgała do łydek. Wiatr naznosił liści na taras. Przesuwał je razem z piaskiem, wpadały do środka przez otwarte drzwi.
Nikt nie pozwolił jej zatrzymać wspomnień, miała odejść bez zbędnych słów. Szybko. Wyszła głównymi drzwiami. Ochota na zniszczenie wbitych tabliczek w trawnik narastała z każdym krokiem. Dom wcale nie był na sprzedaż, bo należał do nich. To były ich meble i ich ściany. Ich trawa, ich okna, ich stara podłoga. W środku ich wspomnienia, które ktoś beznamiętnie próbuje wyrzucić i zrobić miejsce na nowe.
Doszła już do końca ulicy. Wszystko zatrzymało się, powietrze zastygło. Była sama, wszyscy zdążyli na czas. Zrobiło się ciemniej. Uspokoił się wiatr, nastała idealna cisza, żaden ruch, żaden odgłos nie przeszkadzał w tym co miało nadejść. Gdzieś daleko rozległ się pomruk. Przejechała językiem po suchych ustach i stała nieruchomo cały czas czekając. Dźwięk narastał, docierał do jej uszu wyraźniej, mocniej. Pierwszy błysk rozjaśnił okolicę. Stalowy kolor zatrzymał się na chwilę, dotknął ziemi i roztopił się. Potężny huk przyśpieszył bicie serca. W końcu. Położyła się na nagrzanej drodze. Oczy utkwione wysoko w górze śledziły kolejne błyski. A potem zrobiło się siwo i zamknęła je. Lunęło i zmokła od razu. Jej ubranie pociemniało od wody. Mogła trwać w tym hałasie już do końca. Deszcz uderzał o ziemię i wzbijał do góry kurz i pył. Z góry ulicy płynęła woda. Wszystko zaczęło się ruszać i trwać w nienaturalnym ruchu. Tym razem to ona była spokojna. Oddychała głęboko, jakby z każdym wydechem uwalniała się od czegoś, co ciąży. Tak było dobrze, jednak musiała się zgodzić. Czekała na te wyciągnięte ręce, które dobrze znała. Patrzyła w spokojne oczy, które przez to, że leżała na drodze stały się trochę bardziej smutne.
- Już wystarczy. Musisz dać sobie radę.