To help you find the girl you aim
She loves pain and she loves sugar
She loves kisses, she loves hazard
As Alice she takes a pill, as a ghost, she haunts the field
In the steam her finger draws
Something smiling, I do not know
Tic tac, tic tac the end is near
When winter comes, she disappears
One means two, boy, don’t miss the train
You are warned, you’re not to blame
Red, yellow, blue, a dancing girl in front of you
Another thing you cannot see
Read the book and follow me
czwartek, 6 lutego 2014
*
Jeden z sierpniowych wieczorów był nadzwyczaj ciepły. Asfaltowa nawierzchnia wciąż była nagrzana, tyle że stopy nie odciskały już na niej śladów. Za miastem ciągnęły się łąki pokryte wysokimi trawami. Tego lata były niższe niż zazwyczaj, bardziej wyschnięte, ale wciąż mocno zielone. Cieszyły oczy. Miasto nie było ładne, uciekali stamtąd bardzo często. Tamtego wieczora po prostu wyszli z mieszkania i przemierzali ulice zatopione w świetle latarni. Tylko wtedy dało się tam oddychać i żyć. Tylko nocami miasto paradoksalnie było bezpieczne i przytulne. Nie było szare, bezbarwne. Nasączone jasnym światłem zachęcało do bliższego poznania. Ulice były jeszcze przepełnione ludźmi, knajpy kusiły muzyką i zapachem. Nikt nie myślał o powrocie do domu. W taki wieczór oddycha się łatwiej, myśli się czysto. Przejście na koniec miasta trwało godzinę. Nie spieszyli się, mieli dużo czasu, choć paradoksalnie czas nie miał większego znaczenia. Niebo przysłaniał blask latarni, wiedzieli jednak że jest czyste i oświetlone. Pachniało świeżą ziemią, kiedy wybierali odpowiednie miejsce. Leżeli na trawie, było cicho. Nad nimi niebo. Mieli rację, było przejrzyste, usłane migoczącymi punktami. Kiedy leżysz tak na gołej ziemi, nad sobą masz gwiazdy, koło siebie ramię, patrzysz w górę, masz wrażenie że odkrywasz coś niezwykłego, ogromną tajemnicę. Leżysz i wszystko się zatrzymuje, dlatego też czas nie miał żadnego znaczenia. Przestrzeń pochłania cię i wypełnia, oddychasz gwiezdnym pyłem, jest go pełno w twoim wnętrzu. Jedna z piękniejszych rzeczy, kiedy to co widzisz odbiera ci mowę, więc leżą tak na przyschniętej trawie i dotykają wolności. Tak właśnie wyobrażam sobie wolność. Gwiazdy zaczęły spadać, a ręce trafiły na siebie. Myśli się wtedy życzenie, ale żadne z nich o tym nie pamiętało. Mniejsza postać nieudolnie próbowała wyjaśnić drugiej na jaką gwiazdę właśnie patrzy. Ułatwia to trochę zamknięcie jednego oka, wyciągnięcie dłoni w miejsce, w którym według nas się ona znajduje.
Przeważnie i tak nie patrzy się w to samo miejsce. Często to na co patrzysz jest już tylko sztucznym światłem, pozostałością po wybuchu. To piękne, bo w kosmosie nic nie ginie. W niektórych kulturach mówi się, że gwiazdy to zmarłe osoby. Wiara w coś takiego jest piękną rzeczą. Wciąż widzisz ludzi, których kochasz. Podnosisz głowę, są tam. Najczęściej można zobaczyć od 3 do 4 tysięcy gwiazd. Jedna na pewno świeci tylko dla ciebie.
Przeważnie i tak nie patrzy się w to samo miejsce. Często to na co patrzysz jest już tylko sztucznym światłem, pozostałością po wybuchu. To piękne, bo w kosmosie nic nie ginie. W niektórych kulturach mówi się, że gwiazdy to zmarłe osoby. Wiara w coś takiego jest piękną rzeczą. Wciąż widzisz ludzi, których kochasz. Podnosisz głowę, są tam. Najczęściej można zobaczyć od 3 do 4 tysięcy gwiazd. Jedna na pewno świeci tylko dla ciebie.
czwartek, 21 listopada 2013
elms
Budynki stały obok siebie przylegając ze sobą jedną ze ścian. Jeden nieznacznie wyższy od drugiego, nieznacznie węższy. Pierwszy z nich był klasyczną bryłą. Zbudowany przestrzennie z wielką przeszkloną ścianą od frontu. Do osobnych wejść prowadziła jedna ścieżka, potem wybrukowane półkole. Spomiędzy kamieni wyrastały kępki trawy. Dawniej stała tam skrzynka na listy porośnięta bluszczem. Odgarniano plecionkę roślin, żeby dostać się do jej zawartości. Teraz nikt nie przyjmuje listów, więc skrzynka zniknęła. Mieszkańcy przeszklonego domu wyrzucili ją gdzieś na stertę sękatych polan drewna leżących na tyłach domu. Stojąc pewnie na szczebelkach białego płotu można zobaczyć skrzynkę w otoczeniu zieleni przebijającej się spod ciężaru drewna. Wyrzuciło je morze podczas sztormu kilka lat temu. Jedna z osób z sąsiedniego domu z wielkimi drzwiami przemalowanymi na turkus, zebrała je z piaszczystej plaży i wysuszyła na słońcu, którego zawsze najwięcej jest na tyłach zabudowań. W domu z drzwiami malowanymi turkusem jest kominek. W chłodne wieczory, kiedy wiatr od morza tłucze w szyby i jękliwie zawodzi, w kominku rozpala się ogień. Drewno wyrzucone z wody ma w sobie sól i minerały. Daje niebieski ogień i inaczej pachnie. Podczas spalania strzela głośniej i lepiej trzyma ciepło. Oświetla białe ściany pokoju. Są chropowate i gołe. Wiosną na przeźroczystych żyłkach zwisają małe bukieciki polnych kwiatów. Umierają na tych gołych ścianach, wisząc głową w dół w odpowiednich od siebie odstępach. Spadają na starą, jasną podłogę. Chrzęszczą pod stopami. Dom jest wysoki, ma piętro i stare schody w kolorze spłukanego brązu. Skrzypią, a poręcz jest niestabilna. Każdy ze stopni był kiedyś obity przyjemną wykładziną. Zniszczyła się z biegiem lat, potem została zdarta. Kolor schodów jest nierównomierny. Tam gdzie kończyło się obicie, kolor jest bardziej wytarty, środek schodów zachował dawny odcień. Pokój z widokiem na wiązy był praktycznie pusty. Wyglądał bardziej na zapomniane pomieszczenie ze starym, metalowym łóżkiem, z którego ramy odchodziła płatami turkusowa farba. Systematycznie bielono tam ściany. Otwierając podniszczone drzwi, wsłuchując się w ich charakterystyczne skrzypienie, napierając na nie, uciskając mosiężną klamkę, cztery ściany pokoju ukazywały się wchodzącemu. Naprzeciw drzwi na głównej ścianie znajdowało się wysokie okno. Miało prostą, drewnianą ramę i wąski parapet. Nie było w nim zasłon. Łóżko stało pod ścianą na ukos od okna. Do jego ramy wiązano zasuszone kwiaty. Cienką żyłkę rozwijały i plątały blade, kobiece palce. Zawiązały też one jeszcze jedną pętlę, a potem uschły kwiaty i uschło życie. To wszystko co było w pokoju z widokiem na wiązy.
Klasyczna bryła była jasnym domem. Przez szklaną ścianę docierało najwięcej światła. Promienie słońca padały na kryształy zawieszone na gładkich ścianach. W południe tańczyły tam barwy. Ten, kto zawiesił te mały pryzmaty, stawał w punkcie przecinania się światła, a przez jego twarz przemykała czerwień i odcienie błękitu. Tak samo jak po twarzy przebiega grymas. Oczy były szeroko otwarte, dłonie zaciskały się w pięść. Potem wszystko wracało do normy, stopy przemykały po kafelkach ułożonych w hollu. Budynek ten dzielił się tylko na kilka pomieszczeń. Wszystkie były wysokie, duże, miały wielkie, jasne okna. Wszystko wykonane było tam w ograniczonych barwach; w bieli, beżu, ciepłych brązach.
W tym domu nie było kominka. Zaczęły się zimne wiatry od morza, niosące ze sobą wilgoć i chłód. W środku zabrakło barw. W jeden z takich dni na tyłach domu przerzucano kawałki drewna. Stara skrzynka została spod nich wyciągnięta. Potem była w kolorze turkusu, wbito ją z powrotem w ziemię. Skrzypiała przy otwieraniu i nie spełniała dobrze swojego zadania. Była bardzo mała, leżąca tam koperta została zgięta na pół. Oczy, które tak często przysłaniał błękit, przebiegały linijka po linijce. W rogu zdołano umieścić "nie ścinaj wiązów" Ostatnie litery nachodziły już na siebie.
Drgnęły turkusowe drzwi, skrzypiały schody i słychać było kroki na piętrze. Ramy okna uderzyły w białą ścianę. Pokój z widokiem na wiązy znowu mógł oddychać.
Klasyczna bryła była jasnym domem. Przez szklaną ścianę docierało najwięcej światła. Promienie słońca padały na kryształy zawieszone na gładkich ścianach. W południe tańczyły tam barwy. Ten, kto zawiesił te mały pryzmaty, stawał w punkcie przecinania się światła, a przez jego twarz przemykała czerwień i odcienie błękitu. Tak samo jak po twarzy przebiega grymas. Oczy były szeroko otwarte, dłonie zaciskały się w pięść. Potem wszystko wracało do normy, stopy przemykały po kafelkach ułożonych w hollu. Budynek ten dzielił się tylko na kilka pomieszczeń. Wszystkie były wysokie, duże, miały wielkie, jasne okna. Wszystko wykonane było tam w ograniczonych barwach; w bieli, beżu, ciepłych brązach.
W tym domu nie było kominka. Zaczęły się zimne wiatry od morza, niosące ze sobą wilgoć i chłód. W środku zabrakło barw. W jeden z takich dni na tyłach domu przerzucano kawałki drewna. Stara skrzynka została spod nich wyciągnięta. Potem była w kolorze turkusu, wbito ją z powrotem w ziemię. Skrzypiała przy otwieraniu i nie spełniała dobrze swojego zadania. Była bardzo mała, leżąca tam koperta została zgięta na pół. Oczy, które tak często przysłaniał błękit, przebiegały linijka po linijce. W rogu zdołano umieścić "nie ścinaj wiązów" Ostatnie litery nachodziły już na siebie.
Drgnęły turkusowe drzwi, skrzypiały schody i słychać było kroki na piętrze. Ramy okna uderzyły w białą ścianę. Pokój z widokiem na wiązy znowu mógł oddychać.
piątek, 1 listopada 2013
arm
Przede wszystkim chciałabym umieć malować, albo kręcić filmy, sklejać ze sobą klatki i ujęcia. Mogłabym komponować utwory, ludzie zamykaliby oczy, widzieliby to, co chciałam przekazać.
Nie mogłam się zdecydować, więc niech będzie to albo Wielki Kanion, albo pustynia. Pustynia, czy wielki obszar z wysokimi hałdami sypkiego piasku. Dobierz sobie postać, która ma ci towarzyszyć. Nie, nie możesz być tam samotnie, musisz kogoś dobrać.
W głowie mam kadry z filmów, nucę pod nosem urywki utworów i mieszam je ze sobą. Bije ode mnie niezdecydowanie. Na razie ktoś, ktoś i Kanion. Kolor. Rdza plus woda rozlana na całą szerokość. Słońce gdzieś już skryte, szarpane przez skały. Nogi już poza stabilną ziemią, siedzimy ramię w ramię od niechcenia rzucają w dół kawałki ziemi i kamienie. Nagrzany piasek, brąz, sucha trawa. Głową w dół, krew pulsuje szybciej, serce bije mocniej. Ostrożnie. Umówmy się tylko na tyle. Nie będziemy się przecież spotykać na dole. Są też słowa, nie wiem czy istotne, po co o nich mówić, skoro jest ramię.
Gorąco i jasno, mrużymy oczy, piasek odbija promienie słońca. Pniemy się ku górze, ale nie ma tam niczego innego niż to, co znajduje się na dole. Zachowujemy się jakby góra była nieosiągalna, intrygująca, nurtująca, niemożliwa do zrozumienia, podbicia, posiadania. Podbiegamy pod nią. Nogi giną w nagrzanym piasku. Wpadamy na siebie, najczęściej cofamy się w zdobywaniu szczytu, bo spadamy, ześlizgujemy się, lub staczamy. Teraz ziarenka piasku wbijają się w kolana i dłonie równocześnie. Przed samym szczytem już mnie tam wnosisz. Kolana mają teraz zabawne odciski, które nadbiegają krwią. Ramię w ramię siedzimy na górze jasnego piachu, patrzymy w dół na bezmiar jasnego piachu, kładziemy się na jasnym piachu, ramię w ramię.
Kawałki skał i kamienie trzymam w kieszeniach. Najchętniej zbiegłabym w dół, trzymasz mnie za przegub, więc schodzimy. Ostrożnie i powoli. Słońce gaśnie. Niebo czyste, intensywnie niebieskie, nasycane różem, ostrą czerwienią. Pod koniec drogi puszczasz mnie, biegnę, zatrzymuje mnie rana gdzieś między piszczelem, a kolanem. Tym razem trzymasz mnie za dłoń. Kopiemy kamienie, ulatują nawet kilka metrów, wyprzedzają nas. Unosi się kurz, trę oczy wolną ręką. Jedno ramię wyżej od drugiego o te kilkanaście centymetrów. Wracamy.
Piach we włosach, w oczach. Już nie leżymy, nie siedzimy, biegamy po nieosiągalnie usypanej górze, rzucając w siebie drobinami piasku. Dłoń zamknięta w dłoń, w dół, szybko w dół, nogi plączą się w pędzie, upadamy na plecy, wszystko mnie śmieszy, śmiejemy się głośno. Podnosimy się też ze śmiechem, rozmawiamy ze śmiechem, rozmowa bardziej przypomina nieuporządkowane słowa. Ramię wyższe, ramię niższe o kilkanaście centymetrów. Załóżmy stwierdzenie "ramię przy ramieniu" ignorując różnicę. W dół.
Nie mogłam się zdecydować, więc niech będzie to albo Wielki Kanion, albo pustynia. Pustynia, czy wielki obszar z wysokimi hałdami sypkiego piasku. Dobierz sobie postać, która ma ci towarzyszyć. Nie, nie możesz być tam samotnie, musisz kogoś dobrać.
W głowie mam kadry z filmów, nucę pod nosem urywki utworów i mieszam je ze sobą. Bije ode mnie niezdecydowanie. Na razie ktoś, ktoś i Kanion. Kolor. Rdza plus woda rozlana na całą szerokość. Słońce gdzieś już skryte, szarpane przez skały. Nogi już poza stabilną ziemią, siedzimy ramię w ramię od niechcenia rzucają w dół kawałki ziemi i kamienie. Nagrzany piasek, brąz, sucha trawa. Głową w dół, krew pulsuje szybciej, serce bije mocniej. Ostrożnie. Umówmy się tylko na tyle. Nie będziemy się przecież spotykać na dole. Są też słowa, nie wiem czy istotne, po co o nich mówić, skoro jest ramię.
Gorąco i jasno, mrużymy oczy, piasek odbija promienie słońca. Pniemy się ku górze, ale nie ma tam niczego innego niż to, co znajduje się na dole. Zachowujemy się jakby góra była nieosiągalna, intrygująca, nurtująca, niemożliwa do zrozumienia, podbicia, posiadania. Podbiegamy pod nią. Nogi giną w nagrzanym piasku. Wpadamy na siebie, najczęściej cofamy się w zdobywaniu szczytu, bo spadamy, ześlizgujemy się, lub staczamy. Teraz ziarenka piasku wbijają się w kolana i dłonie równocześnie. Przed samym szczytem już mnie tam wnosisz. Kolana mają teraz zabawne odciski, które nadbiegają krwią. Ramię w ramię siedzimy na górze jasnego piachu, patrzymy w dół na bezmiar jasnego piachu, kładziemy się na jasnym piachu, ramię w ramię.
Kawałki skał i kamienie trzymam w kieszeniach. Najchętniej zbiegłabym w dół, trzymasz mnie za przegub, więc schodzimy. Ostrożnie i powoli. Słońce gaśnie. Niebo czyste, intensywnie niebieskie, nasycane różem, ostrą czerwienią. Pod koniec drogi puszczasz mnie, biegnę, zatrzymuje mnie rana gdzieś między piszczelem, a kolanem. Tym razem trzymasz mnie za dłoń. Kopiemy kamienie, ulatują nawet kilka metrów, wyprzedzają nas. Unosi się kurz, trę oczy wolną ręką. Jedno ramię wyżej od drugiego o te kilkanaście centymetrów. Wracamy.
Piach we włosach, w oczach. Już nie leżymy, nie siedzimy, biegamy po nieosiągalnie usypanej górze, rzucając w siebie drobinami piasku. Dłoń zamknięta w dłoń, w dół, szybko w dół, nogi plączą się w pędzie, upadamy na plecy, wszystko mnie śmieszy, śmiejemy się głośno. Podnosimy się też ze śmiechem, rozmawiamy ze śmiechem, rozmowa bardziej przypomina nieuporządkowane słowa. Ramię wyższe, ramię niższe o kilkanaście centymetrów. Załóżmy stwierdzenie "ramię przy ramieniu" ignorując różnicę. W dół.
wtorek, 27 sierpnia 2013
bad dream
Podeszłam do okna i kryjąc się za firanką próbowałam zobaczyć cokolwiek w ciemności. Potem pojawiły się twarze. Dwie, dziecięce. Dziewczynka z grzywką na całe czoło i chłopiec, kilkuletni blondyn.
Dopiero potem zobaczyłam, że są całe we krwi. Przytrzymywałam zamknięte okno rękoma napierając na szybę z całej siły. Krzyczały, żeby je wpuścić, żeby im pomóc. Wydzierały się, raniły mi uszy.
Cały czas powtarzały, że chcą wejść. Musiały wskoczyć na parapet i siedzieć na nim, albo klęczeć. Wołały mnie po imieniu, płakały, "pomóż nam, pomóż, wpuść nas do środka, potrzebujemy twojej pomocy, musisz nam pomóc, nie możesz nas zostawić, otwórz okno" Trzęsłam się ze strachu, było mi słabo, duszno, niedobrze. Wciąż broniłam sobą drewnianej ramy okna, zamykałam oczy, żeby nie patrzeć im w twarz. Dźwięk pięści uderzających o szybę pulsował mi w głowie. Wybiegłam stamtąd, spod drzwi łazienki wylewało się światło. Nacisnęłam klamkę, leżał na podłodze, nie reagował na moje słowa. Potrzebowałam pomocy. Na siłę podniosłam go z podłogi, mruczał niewyraźne słowa gdzieś w okolice ucha. Słaniał się na nogach, kiedy ciągnęłam go do okna. Nieprzerwane uderzenia w szybę, niezmienne wołanie o pomoc.
Pamiętałam ten wzrok bardzo dobrze, za dobrze. Nieobecny, zamglony, jakby patrzył gdzieś z daleka. Opierał się o ścianę, z ust wydobywały się przypadkowe, urwane słowa. Dzieci stały wtedy na parapecie i tym razem to one napierały na szkło. Brudziły je sobą. Przekrzykiwały się moim imieniem, jak potwornie brzmiało ono w ich ustach. A ja stałam, rozglądałam się bezradnie, nie mogłam się ruszyć, nogi ciężkie jak ołów, bezwładne ręce, krzyk zatrzymany w gardle, rosnący niepokój i lęk. Wiedziałam dobrze czym to się zakończy. Najpierw ciemność przed oczami, spowolnienie reakcji, potem upadek. Poczucie uciekania w nicość przerwał koniec snu. Obudziłam się gwałtownie kolejną noc z rzędu. Nikt nie stał nade mną obudzony moim krzykiem, nie trzymał mnie za rękę, nie powtarzał, że to tylko zły sen i nic się nie dzieje. Próbowałam zasnąć leżąc twarzą do okna. Bałam się twarzy, którym nie pomogłam, bałam się, że wrócą. Głębokie wdechy i wydechy powietrza, znowu nogi wysoko. Dobrze znana mi walka o to, żeby nie zatracić się w ciemności, żeby nie uciekać, nie poddawać się, być silną, dać radę, bo lepiej wytrzymać niż popadać w bezład. Wszystko jak zawsze oprócz otwartego okna. Bałam się podejść. Nie wiem ile trzeba leżeć tak w kompletnym bezruchu, kiedy strach paraliżuje wszystko, żeby się uspokoić. Nie pamiętam po jakim czasie się poddałam. Nie miałam siły, płakałam z bezsilności, bo znowu przegrałam i nic nie mogłam z tym zrobić. Jeszcze tylko przejście przez ciemny i uśpiony dom, powrót z wodą, szelest pudełka, gorzki smak tabletek na języku. Zostało ich dziesięć. Dziesięć spokojnych nocy przede mną. Leżałam na łóżku, rozkopana pościel, poduszki na ziemi i zsunięte prześcieradło. Ubranie lepiące się do ciała, włosy lepiące się do czoła. Niewyobrażalne zmęczenie, ból wszystkich mięśni, brak siły na obrót głową.
- Coś Cię boli Aga? - usłyszałam po jakimś czasie.
Wszystko mnie boli, a najbardziej bolą mnie myśli. Po co pytasz, skoro nie rozumiesz. Nie rozumiesz, bo nie chcesz rozumieć. Zamiast tego usłyszałam "zły sen" niewątpliwie słowa dobiegające z moich ust i odpowiedź "spróbuj zasnąć". Rozmowy przez ściany, bo przecież ściany mają uszy.
Dobiegała piąta nad ranem, kiedy wychodził do pracy i zgasił światło palące się w pokoju, zamknął za sobą drzwi, dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Otępienie, gorzki smak działał. Potem coraz cięższe powieki i nie musiałam się już bronić. Nieświadome zapadanie w przerwany sen. Tym razem spokojny. Obudziłam się w południe, jak zawsze po takich nocach. Resztki mnie i wydarzeń sprzed kilku godzin uciekały wraz z gorącą wodą, którą oblewałam swoje ciało w tej samej łazience ze snu.
Pisząc to widzę jak zapada zmierzch. Zbliża się kolejna noc.
Dopiero potem zobaczyłam, że są całe we krwi. Przytrzymywałam zamknięte okno rękoma napierając na szybę z całej siły. Krzyczały, żeby je wpuścić, żeby im pomóc. Wydzierały się, raniły mi uszy.
Cały czas powtarzały, że chcą wejść. Musiały wskoczyć na parapet i siedzieć na nim, albo klęczeć. Wołały mnie po imieniu, płakały, "pomóż nam, pomóż, wpuść nas do środka, potrzebujemy twojej pomocy, musisz nam pomóc, nie możesz nas zostawić, otwórz okno" Trzęsłam się ze strachu, było mi słabo, duszno, niedobrze. Wciąż broniłam sobą drewnianej ramy okna, zamykałam oczy, żeby nie patrzeć im w twarz. Dźwięk pięści uderzających o szybę pulsował mi w głowie. Wybiegłam stamtąd, spod drzwi łazienki wylewało się światło. Nacisnęłam klamkę, leżał na podłodze, nie reagował na moje słowa. Potrzebowałam pomocy. Na siłę podniosłam go z podłogi, mruczał niewyraźne słowa gdzieś w okolice ucha. Słaniał się na nogach, kiedy ciągnęłam go do okna. Nieprzerwane uderzenia w szybę, niezmienne wołanie o pomoc.
Pamiętałam ten wzrok bardzo dobrze, za dobrze. Nieobecny, zamglony, jakby patrzył gdzieś z daleka. Opierał się o ścianę, z ust wydobywały się przypadkowe, urwane słowa. Dzieci stały wtedy na parapecie i tym razem to one napierały na szkło. Brudziły je sobą. Przekrzykiwały się moim imieniem, jak potwornie brzmiało ono w ich ustach. A ja stałam, rozglądałam się bezradnie, nie mogłam się ruszyć, nogi ciężkie jak ołów, bezwładne ręce, krzyk zatrzymany w gardle, rosnący niepokój i lęk. Wiedziałam dobrze czym to się zakończy. Najpierw ciemność przed oczami, spowolnienie reakcji, potem upadek. Poczucie uciekania w nicość przerwał koniec snu. Obudziłam się gwałtownie kolejną noc z rzędu. Nikt nie stał nade mną obudzony moim krzykiem, nie trzymał mnie za rękę, nie powtarzał, że to tylko zły sen i nic się nie dzieje. Próbowałam zasnąć leżąc twarzą do okna. Bałam się twarzy, którym nie pomogłam, bałam się, że wrócą. Głębokie wdechy i wydechy powietrza, znowu nogi wysoko. Dobrze znana mi walka o to, żeby nie zatracić się w ciemności, żeby nie uciekać, nie poddawać się, być silną, dać radę, bo lepiej wytrzymać niż popadać w bezład. Wszystko jak zawsze oprócz otwartego okna. Bałam się podejść. Nie wiem ile trzeba leżeć tak w kompletnym bezruchu, kiedy strach paraliżuje wszystko, żeby się uspokoić. Nie pamiętam po jakim czasie się poddałam. Nie miałam siły, płakałam z bezsilności, bo znowu przegrałam i nic nie mogłam z tym zrobić. Jeszcze tylko przejście przez ciemny i uśpiony dom, powrót z wodą, szelest pudełka, gorzki smak tabletek na języku. Zostało ich dziesięć. Dziesięć spokojnych nocy przede mną. Leżałam na łóżku, rozkopana pościel, poduszki na ziemi i zsunięte prześcieradło. Ubranie lepiące się do ciała, włosy lepiące się do czoła. Niewyobrażalne zmęczenie, ból wszystkich mięśni, brak siły na obrót głową.
- Coś Cię boli Aga? - usłyszałam po jakimś czasie.
Wszystko mnie boli, a najbardziej bolą mnie myśli. Po co pytasz, skoro nie rozumiesz. Nie rozumiesz, bo nie chcesz rozumieć. Zamiast tego usłyszałam "zły sen" niewątpliwie słowa dobiegające z moich ust i odpowiedź "spróbuj zasnąć". Rozmowy przez ściany, bo przecież ściany mają uszy.
Dobiegała piąta nad ranem, kiedy wychodził do pracy i zgasił światło palące się w pokoju, zamknął za sobą drzwi, dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Otępienie, gorzki smak działał. Potem coraz cięższe powieki i nie musiałam się już bronić. Nieświadome zapadanie w przerwany sen. Tym razem spokojny. Obudziłam się w południe, jak zawsze po takich nocach. Resztki mnie i wydarzeń sprzed kilku godzin uciekały wraz z gorącą wodą, którą oblewałam swoje ciało w tej samej łazience ze snu.
Pisząc to widzę jak zapada zmierzch. Zbliża się kolejna noc.
wtorek, 20 sierpnia 2013
sea
Rano, albo późną nocą. Najlepiej od zmierzchu do świtu. Wiesz, lubię patrzeć na to, co znika. Jednocześnie widzę jak pojawia się coś nowego. Kiedy nie śpię, gapię się w okno. Świta. Wszystko jest czyste, zaczynasz od nowa. Nie ma ciebie z poprzedniego dnia, bo wstał nowy, ty jesteś nowy, zaczynasz od początku, od zera, budujesz od podstaw i budzi się wszystko, pojawia się słońce. Lepiej jest, kiedy się chmurzy. Wolę patrzeć rano na chmury, jak jest szaro, albo ciemnoniebiesko. Kiedy nie śpię, to gapię się w okno. Śpię z twarzą zwróconą w jego stronę, czasami tylko, kiedy głowa tworzy za dużo i za wiele na raz, to obracam się i mam przed sobą ścianę, albo przewracam się i turlam na drugi koniec łóżka. Wtedy obserwuję drzwi co wcale nie pomaga. Wolę budzić się nad ranem, teraz jest jeszcze ciemno. Opieram się plecami o ścianę i patrzę się przed siebie. Rozganiam trochę ciemności sprzed oczu.
Zasnęłabym na plaży, leżąc gdzieś tam na piasku. Zimno, wilgotno i niewygodnie. Lubię jak słońce się topi w wodzie, lubię jak nadciągają chmury, leżysz na ziemi, przed sobą masz granat. Zlany granat z jednej i drugiej strony. Nie oddzielasz fal od chmur, masz przed sobą ciemną plamę. Chciałabym grać na pianinie. Przynieść je ze sobą, postawić na pisku, ustawić przed granatem i grać. Albo słuchać, niech ktoś gra. W tle leci Tiersen, bo chciałabym grać na pianinie i chciałabym patrzeć na granat. Poczekałabym do rana, popatrzyła na resztki mgły. Mgła jest przyjemna. Przydymiona i szczelna. Lubię zimne morze i lubię sztormy, bo to coś do czego przywykłam. Taki sztorm się zdarza we mnie nie raz, coś drga, rozpoczyna go, on się nasila, porywa wszystko, zabiera nie plażę, ale gdzieś tam mnie po kawałku, słabnie, uspokaja się, na końcu pokazuje co mi zabrał, bez czego będę, pokazuje ile zniszczył, odchodzi, wszystko wysycha, zabrane kawałki zapełniają się jakimś tam sztucznym upychaczem, to są różne rzeczy, zależne od nastroju najczęściej. Osoby, albo przedmioty, wspomnienia, albo pomysły, nowe i głupie, które nie są do spełnienia i je też powinna zabrać woda, bo niszczą czasami więcej niż ona.
Chodźmy patrzeć na wodę najlepiej rano, albo późną nocą, kiedy nic nie jest spokojne, oprócz wnętrza. Bo jest wiatr, jest fala, setki fal, uginają się drzewa, jest hałas, a ty stoisz spokojny jak nigdy, cichy. Najpierw jest gniew i żal i złość, trochę szkła na podłodze, a potem wiesz, że są sztormy i trzeba stać spokojnie, bo one nie mogą cię zabrać. Więc jesteś, obojętnie czy na piasku, czy leżysz na ziemi, albo zbierasz szkło z podłogi. Wiesz, że musisz stać, bo co z tego, że wiatr jest za silny, a fale zabierają wszystko co widzisz. Możesz myśleć, że lepiej wciągnąć się w wodę, bo jest granatowa, a ty lubisz granat i tam jest pewnie spokojnie, pomimo zimna. Możesz myśleć co chcesz, a i tak wytrzymasz. Nic się nie liczy oprócz spokoju, który i tak osiągniesz. Wiesz, mimo że nie potrafisz pływać, albo jesteś za kruchy na taki wiatr, albo wolisz leżeć niż stać i tak nad tym zapanujesz. Jest sztorm, jest spokój. Jest burza, jest słońce, złość i radość, zło i dobro. Następstwa. Nigdy nic nie zostaje w ustalonej formie. Po każdym wydarzeniu przychodzi coś innego, nigdy nie będzie się trwało w tym samym, bo wszystko jest przez coś poprzedzone i zawsze jest coś dalej.
Rzucaj się w granat, on też się kończy. Zostaniesz na piasku, wczesnym rankiem, albo późną nocą.
Zasnęłabym na plaży, leżąc gdzieś tam na piasku. Zimno, wilgotno i niewygodnie. Lubię jak słońce się topi w wodzie, lubię jak nadciągają chmury, leżysz na ziemi, przed sobą masz granat. Zlany granat z jednej i drugiej strony. Nie oddzielasz fal od chmur, masz przed sobą ciemną plamę. Chciałabym grać na pianinie. Przynieść je ze sobą, postawić na pisku, ustawić przed granatem i grać. Albo słuchać, niech ktoś gra. W tle leci Tiersen, bo chciałabym grać na pianinie i chciałabym patrzeć na granat. Poczekałabym do rana, popatrzyła na resztki mgły. Mgła jest przyjemna. Przydymiona i szczelna. Lubię zimne morze i lubię sztormy, bo to coś do czego przywykłam. Taki sztorm się zdarza we mnie nie raz, coś drga, rozpoczyna go, on się nasila, porywa wszystko, zabiera nie plażę, ale gdzieś tam mnie po kawałku, słabnie, uspokaja się, na końcu pokazuje co mi zabrał, bez czego będę, pokazuje ile zniszczył, odchodzi, wszystko wysycha, zabrane kawałki zapełniają się jakimś tam sztucznym upychaczem, to są różne rzeczy, zależne od nastroju najczęściej. Osoby, albo przedmioty, wspomnienia, albo pomysły, nowe i głupie, które nie są do spełnienia i je też powinna zabrać woda, bo niszczą czasami więcej niż ona.
Chodźmy patrzeć na wodę najlepiej rano, albo późną nocą, kiedy nic nie jest spokojne, oprócz wnętrza. Bo jest wiatr, jest fala, setki fal, uginają się drzewa, jest hałas, a ty stoisz spokojny jak nigdy, cichy. Najpierw jest gniew i żal i złość, trochę szkła na podłodze, a potem wiesz, że są sztormy i trzeba stać spokojnie, bo one nie mogą cię zabrać. Więc jesteś, obojętnie czy na piasku, czy leżysz na ziemi, albo zbierasz szkło z podłogi. Wiesz, że musisz stać, bo co z tego, że wiatr jest za silny, a fale zabierają wszystko co widzisz. Możesz myśleć, że lepiej wciągnąć się w wodę, bo jest granatowa, a ty lubisz granat i tam jest pewnie spokojnie, pomimo zimna. Możesz myśleć co chcesz, a i tak wytrzymasz. Nic się nie liczy oprócz spokoju, który i tak osiągniesz. Wiesz, mimo że nie potrafisz pływać, albo jesteś za kruchy na taki wiatr, albo wolisz leżeć niż stać i tak nad tym zapanujesz. Jest sztorm, jest spokój. Jest burza, jest słońce, złość i radość, zło i dobro. Następstwa. Nigdy nic nie zostaje w ustalonej formie. Po każdym wydarzeniu przychodzi coś innego, nigdy nie będzie się trwało w tym samym, bo wszystko jest przez coś poprzedzone i zawsze jest coś dalej.
Rzucaj się w granat, on też się kończy. Zostaniesz na piasku, wczesnym rankiem, albo późną nocą.
środa, 14 sierpnia 2013
brain
Jest serce, które pompuje krew, kurczy się i rozkurcza. Pracuje, nie odpoczywa, pilnuje życia. To samo serce promieniuje sztucznym bólem i przeraża. Są też płuca, które pozwalają ci oddychać. Ograniczone układem kości zostają na swoim miejscu przechowując zbawienny tlen. Te same płuca dają ci odczuć brak powietrza, odzywają się nieoczekiwanie, każą przystawać, albo siadać. Nogi, które sprawiają, że możesz zmieniać miejsca i jesteś w ruchu. Nogi, które się męczą i bolą. Słabe i chude, posiniaczone i zadrapane. Kręgosłup, który trzyma cię w pionie. Cały szereg coraz bardziej nadwyrężonych kości, które nie dają o sobie zapomnieć. Pion przekrzywia się sukcesywnie i pochyla się. Brzuch, bezpieczne miejsce na to brzydsze wnętrze. Można go przebić, rozciąć. Jest sieć neuronów, która musi istnieć i która pozwala ci czuć. Najważniejsza głowa, która trzyma w ryzach mózg sterujący wszystkim. Przepływ krwi, oddech, krok, ruch, odczucie bólu. Tego prawdziwego i tego, który nie istnieje i nigdy nie istniał. Tego, którym się martwisz, przez który nie śpisz. Mózg odbiera obraz. Rzeczywisty i urojony. Daje ci możliwość oglądania nieistniejących rzeczy, których się boisz.
Mózg pozwala ci oddychać i sprawia, że boisz się wziąć oddech. Pobudza serce do pracy, a ty nie chcesz wsłuchiwać się w jego nierówne bicie.
Nie przeżyjesz bez niego, a często twierdzisz, że jest bezużyteczny i nie spełnia swojej roli. Nie daje normalnie funkcjonować. Coś co trzyma cię przy życiu sprawia, że się boisz żyć w pełni.
Mózg pozwala ci oddychać i sprawia, że boisz się wziąć oddech. Pobudza serce do pracy, a ty nie chcesz wsłuchiwać się w jego nierówne bicie.
Nie przeżyjesz bez niego, a często twierdzisz, że jest bezużyteczny i nie spełnia swojej roli. Nie daje normalnie funkcjonować. Coś co trzyma cię przy życiu sprawia, że się boisz żyć w pełni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)